Nie chcę już walczyć. Ale jeszcze bardziej boję się przestać.
Czasami mam wrażenie, że jesteśmy już po wszystkim. Że ten kraj, który kiedyś nosił imię „Rzeczpospolita Polska”, istnieje już tylko z nazwy, a to, co było jego sercem – wolność, wspólnota, prawo, człowieczeństwo – zanikło gdzieś w hałasie i chaosie.
Zdeptane przez cynizm, pogardę, propagandę i tani populizm ubrany w biało-czerwone szaliki.
Widzę, co się dzieje. I słyszę, co mówią.
Że kobiety mają „rodzić, a nie dyskutować”.
Że władza powinna być „silna”, a przeciwnik „zawisnąć”.
Że wolność słowa jest tylko dla swoich, a reszta to „obca agentura”.
Że prawa człowieka to „zachodnia zaraza”, a Unia Europejska to „okupant”.
I myślę o tym, że ludzie tacy jak Bąkiewicz, Braun, Mejza, Kowalski, Matecki – naprawdę mogą przejąć pełnię władzy. Nie na chwilę, nie w ramach koalicji, ale całkowicie. W sposób, który znaliśmy już wcześniej – choćby z historii XX wieku.
Granice przesuwają się powoli. Tak samo było w Niemczech lat 30. – najpierw słowa, potem milczenie, potem strach. I w Rosji lat 2000 – najpierw propaganda, potem represje, a na końcu wojna.
Dziś granice też się przesuwają. Tyle że nie fizycznie – tylko moralnie.
Władza coraz śmielej testuje, jak daleko może się posunąć. I okazuje się, że może coraz dalej. Bo ludzie przywykają. Bo oswajamy się z przemocą w języku, z pogardą w oczach, z kłamstwem w ustach „patriotów”. Bo odwracamy wzrok – „to przecież tylko słowa”, „nie warto się przejmować”, „wszyscy są tacy sami”.
Ale to nieprawda. I przychodzi taki moment, gdy granicy już nie widać. Gdy nie wiesz, gdzie się skończyła wolność, a zaczęło milczenie.
Bo pranie mózgu działa najlepiej, gdy robi się je powoli. W szkołach. W telewizji. W Kościele. W domu. Z dnia na dzień. Z tygodnia na tydzień. Aż któregoś dnia ludzie naprawdę zaczynają wierzyć, że wolność to zagrożenie, a przemoc to „obrona tradycji”.
To jest najgorsze. Bo tego nie da się już tak łatwo cofnąć.
Bo jeśli pokolenie wychowane na Mateckim i Braunie zacznie rządzić naprawdę – to może się okazać, że demokracja była tylko krótkim przerywnikiem między reżimami. Że Polska XXI wieku stanie się miejscem, w którym wolność znowu będzie luksusem – nie prawem.
Nie chcę żyć w kraju, w którym kobiety mają być podręcznymi, a mężczyźni ślepymi żołnierzami ideologii.
Nie chcę patrzeć, jak młodzi ludzie uciekają, bo nie chcą żyć w świecie, gdzie normalność to nienawiść.
Nie chcę, by Bóg był narzędziem do kontroli, a patriotyzm – maską dla przemocy.
Ale najbardziej boli mnie to, że to wszystko naprawdę może się wydarzyć. I nie będzie żadnego wielkiego huku. Nie będzie rewolucji. Nie będzie jednego momentu, kiedy wszystko się zawali.
To będzie ciche umieranie. Tygodniami. Lata.
A my wszyscy – jeśli się nie obudzimy – będziemy tego świadkami. I współwinni. Częstochowski Kmicic