Był To było prawdziwe zderzenie ze Wschodem. Koncert Maxa Korzha na Stadionie Narodowym stał się wydarzeniem, które wyraźnie zeelektryzowało Polaków, którzy byli zaskoczeni jego skalą i tym, jak fani rapera się bawili. Tyle tylko, że nie było to nic niezwykłego - dokładnie tak wyglądają jego koncerty. Bo Korzh to ktoś więcej niż gwiazda muzyki - to prawdziwy fenomen Europy Wschodniej.
Race, gigiantyczne pogo, łamanie zasad bezpieczeństwa - to stały element jego "show". Wynika to z tego, że fani Maxa Korzha (właść. Maksim Korż) wyznaja swego rodzaju ideologie, którą wyraża słowo движ - "dwiż", czyli "ruch". W slangowym znaczeniu oznacza to plus minus jakaś aktywność, działanie, wyrwanie się ze sztywnych ram, imprezę. W wypadku Korża jest to najczęściej pochwała energii młodości, czerpania z życia pełnymi garściami, odpięcia wrotek, życia chwilą. W efekcie za punkt honoru jego fani obierają wniesienie wielu rac na koncert, oszukiwanie ochrony i totalne zatracenie się w imprezie - często w formie agresywnego pogo. Czy to odpowiedzialne ze strony artysty, że nie tylko na to pozwala, ale wręcz temu sprzyja to rzecz do dyskusji, ale tak to po prostu wygląda. I to praktycznie w każdym mieście w którym gra.
Korż, który sam pochodzi z Białorusi, to gwiazda największego formatu na Wschodzie. To, że wyprzedaje całe stadiony w Europie Wschodniej to norma. Zawsze ściąga tłumy. Przedstawianie jego koncertu, jak jakiegoś "ukraińskiego wydarzenia" jest kompletnym nieporozumieniem - jego gigantyczne fankluby są na Białorusi, Ukrainie, Rosji, obszarze całego dawnego ZSRR. Przyciąga ludzi, bo też jego piosenki, ich teksty, koncepcje artystyczne je wspierające (teledyski, oprawa koncertow) są głęboko przemyślane i pozwalają masie ludzi utożsamiać się z jego twórczością.
Dzisiaj w polskim Internecie i mediach nie słabnie zszokowanie całym wydarzeniem. Dobrze to obrazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, spora barierę kulturowa (Polacy nie znają trendów z Europy Wschodniej, nie znają dobrze kultury swoich wschodnich sąsiadów, poruszaja sie w innym kodzie kulturowym). Po drugie, skalę migracji ze Wschodu do Polski - jej masowość spowodowała, że już od dobrych kilku lat do Warszawy i innych miast Polski przybywają najważniejsze gwiazdy ze Wschodu, zarówno muzyki, jak i np. dziennikarstwa, publicystyki. Przyjrzdzaja i wyprzedaje całe sale. Wszystko to dzieje się jednak w zamkniętym obiegu migrantów, którzy trzymają więzi między sobą, ale ich ścieżki - poza sytuacjami formalnymi i służbowymi - nie tak często przecinają się z Polakami. I jest to zjawisko, które warte jest zastanowienia. Zwlaszcza, ze widać, jakie emocje to wywołuje, jaki szok i fale negatywu. Tymczasem Polska po prostu przestała być krajem monoetnicznym i już takim po prostu nie będzie. To generować będzie duże emocje i będzie gigantycznym wyzwaniem z którym trzeba się zmierzyć. Polska ma już swój drugi migrancki mikroświat i warto się mu przyglądać, postarać się go zrozumieć i nauczyć z nim żyć. Agresywne jego odrzucenie będzie tylko próba zamknięcia oczu na rzeczywistość, która w najbliższych latach nie zniknie. I dobrze by było, gdybyśmy zastanowili się, jak ja urządzić, by nie skończyła się tylko wewnętrznymi konfliktami i złymi emocjami.