Co masz na myśli?
W Polsce obowiązuje idiotyczna procedura dotycząca zmiany oznaczenia płci prawnej. Aby osoba trans mogła zmienić w dokumentach swoją płeć na tę, którą się czuje, musi pozwać swoich rodziców. Jeśli nie są oni skłonni do współpracy, jeśli taki też okazuje się sąd, to cały proces może ciągnąć się latami. To duży, długotrwały i całkowicie bezsensowny wysiłek, oparty w dodatku na dość chałupniczym rozwiązaniu, które Sąd Najwyższy uchwalił w 1991 roku. Co ciekawe – w PRL-u te rozwiązania były dużo prostsze i miały postać administracyjnego procesu sprostowania, a nie wielkiej i wyniszczającej psychicznie sądowej batalii. Wolna Polska okazuje się więc wcale nie taka wolna, a dodać warto jeszcze, że w III RP pogorszyła się kwestia refundacji tranzycji.
To znaczy?
Reforma systemu opieki zdrowotnej przeprowadzona przez rząd Buzka usunęła dostępną wcześniej możliwość refundacji operacji rekonstrukcji genitaliów dla osób transpłciowych. Teraz na ten cel trzeba uzbierać co najmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych, a zwykle znacznie więcej. Co robią osoby transpłciowe? Zapożyczają się, co naraża je na wpadnięcie w spiralę zadłużenia bezwzględnie pogarszającą ich sytuację finansową.
Na to wszystko nakłada się coraz odważniejsza i dramatyczna w skutkach nagonka rządu, który w ten czy inny sposób ogranicza i tak niemal nieistniejące prawa osób transpłciowych. Mamy do czynienia z olbrzymim sprzężeniem zwrotnym, w którym niezwykle łatwo o to, by osobie trans gdzieś powinęła się noga. Wystarczy, że nadejdzie gorszy moment, jak kryzys czy pandemia, i straci pracę. Z uwagi na trudną sytuację na rynku, a znacznie częściej – uprzedzenia pracodawcy – może się okazać, że nowej nie znajdzie, więc nie będzie mieć pieniędzy ani na czynsz, ani na spłatę kredytu wziętego na tranzycję. Transfobiczni rodzice takiej osoby nie wesprą, a nadwerężona trudami z okresu dorastania kondycja psychiczna nie pozwoli poradzić sobie z narastającymi problemami. Słowem: mamy prostą drogę do bezdomności, samobójstwa, albo jednego i drugiego.
**
Nina Kuta jest transaktywistką, feministką, anarchistką, współzałożycielką kanału TransGrysy na YouTubie.
https://krytykapolityczna.pl/kraj/paulina-januszewska-nina-...
Szerzenie publicznych lęków przed osobami trans rzekomo ostrzącymi sobie zęby na zajęcie kobiecych przestrzeni przypomina mi narracje skrajnej prawicy, równie mocno lękającej się społeczności LGBT+ – mówi transaktywistka Nina Kuta.
Paulina Januszewska: Zanim rząd PiS-u rozpoczął nagonkę na społeczność LGBT+ i policja aresztowała Margot, chyba ostatnio głośno dyskutowaliśmy o transfobii, gdy Anna Grodzka dostała się do Sejmu. Czy od tamtej pory poprawiła się jakość tej debaty?
Nina Kuta: Kiedy Anna Grodzka wchodziła do Sejmu, byłam w gimnazjum, więc o porządniejsze porównanie tamtych czasów i obecnych trzeba by spytać starsze działaczki. Pamiętam jednak, że dla młodzieży Anna Grodzka była wówczas łatwym celem memów i transfobicznych żartów. Podobną rzecz widzę obecnie ze strony prawicowych mediów, które ponownie urządzają sensacyjną i prymitywną nawalankę, tym razem przeciwko Margot.
Starasz się zwiększać społeczną świadomość na ten temat, walcząc z krzywdzącymi osoby trans stereotypami na swoim kanale TransGrysy i poświęcając uwagę inkluzywności języka. Jakie błędy w tym zakresie popełniamy najczęściej?
Najbardziej oczywistym przykładem jest posługiwanie się deadname’em, czyli imieniem nadanym osobie trans przy urodzeniu, ale już przez nią nieużywanym. W przypadku Margot mamy z tym do czynienia nagminnie. Często zdarza się też używanie niewłaściwego rodzaju gramatycznego. To niestety zwykle wynika ze złej woli i niechęci uszanowania jasno deklarowanych wyborów danej osoby.
Bez przerwy robią to prawicowe media. Ale nie tylko. W „Kulturze Liberalnej” Magdalena Grzyb pisała, że „mówienie o Margot w formie żeńskiej stało się wręcz barwą wojenną moralnej i politycznej strony sporu” i sama użyła w tekście dwóch form zaimków.
To jedyna znana mi feministka, która zdecydowała się to zrobić w niemal tak bezpośredni sposób, jak czynią to prawicowi publicyści. Jej tekst wskazuje na jeszcze jeden dość rozpowszechniony przykład językowej dyskryminacji. Mam na myśli obecność w przestrzeni publicznej, medialnej i dokumentach przestarzałych terminów, które mogą nasuwać nieprawdziwe skojarzenia, np. „transseksualista” i „transseksualizm”. W języku angielskim, choć też wychodzi z użycia, to ma trochę więcej sensu, bo słowo sex oznacza m.in. płeć. Ale w Polsce już bezpośrednio nasuwa skojarzenia z seksualnością, podczas gdy mowa tutaj o płci. Stąd preferowany termin „transpłciowość”.
Wciąż często używane jest także błędne określenie „zmiana płci”, sugerujące, że osoby trans poprzez operacje dokonują jakiegoś psychicznego procesu zmiany tego, kim są. A przecież jest tak, że przed medyczną tranzycją (czyli interwencjami medycznymi dokonującymi korekty tych biologicznych cech płciowych, które sprawiają dyskomfort u danej osoby, np. terapią hormonalną czy zabiegami chirurgicznymi) i po niej nasze poczucie płci jest takie samo.
Ostatnio sporo złego dzieje się też, jeśli chodzi o język dyskusji o aborcji, który bez wątpienia inkluzywny nie jest.
laczego to ważne, żeby taki był?
Intencją, jaka stoi za postulatami osób transpłciowych, które domagają się minimalnej widoczności w protestach przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego, działalności Strajku Kobiet i toczącej się wokół tego dyskusji, jest uświadomienie społeczeństwu, że transmężczyźni oraz osoby niebinarne również potrzebują opieki ginekologicznej, antykoncepcji i aborcji. W wielu sytuacjach ten dostęp jest jeszcze gorszy niż w przypadku ciskobiet. (Cis oznacza tutaj zgodność płci odczuwanej z płcią przypisaną przy urodzeniu, przeciwieństwo trans).
Aby ten problem rozwiązać, trzeba go wyciągnąć na wierzch i sprawić, że będzie się o tym mówiło w mediach. Nie może być dłużej tak, że ginekolodzy pozwalają sobie na nieprzyjemne komentarze albo odmawiają przyjęcia kogoś, kto wygląda jak mężczyzna, ale zgłasza się z problemem ginekologicznym. Chcemy, by transmężczyźni nie bali się chodzić do lekarza w obawie przed dyskryminacją, co m.in. skłania nas do wysunięcia postulatu, by w debacie o aborcji wskazać, że dotyczy ona nie tylko ciskobiet. Skoro masowe demonstracje w tej sprawie omawiane są niemal wszędzie, to oczywiste, że nadarza się dobra okazja, by powiedzieć też kilka słów o transmężczyznach i osobach niebinarnych. Na to właśnie zwróciła uwagę nasza społeczność, co niestety kilka osób deklarujących się jako feministki przyjęło z oburzeniem.
Nie podoba im się sformułowanie „osoby z macicami”, bo rzekomo wymazuje kobiety z walki o ich prawa, a także fakt, że z tego powodu są nazywane transfobkami albo terfkami [od: TERF – trans-exclusionary radical feminist, transfobiczna radykalna feministka – przyp. red.]. Czy słusznie?
Ten problem został rozdmuchany na siłę. Ale po kolei. Najgłośniejsza propozycja zmian w języku, jaka wyszła ze strony osób transpłciowych, czyli użycie sformułowania „osoby z macicami”, wynika z prostej konkluzji – skoro do zajścia w ciążę i jej przerwania potrzebna jest macica, to możemy tym wyrażeniem pokryć cały zbiór osób potrzebujących aborcji, a jednocześnie nie określać nikogo kobietą wbrew woli i tożsamości tej osoby. To określenie wzbudziło kontrowersje głównie dlatego, że garstka osób zaczęła błędnie interpretować je jako próbę usunięcia kobiet ze słownika protestów, a więc wymazania faktu, że to one są głównym podmiotem strajku. Padły wręcz oskarżenia, że chcemy zmienić nazwę samej organizacji na Strajk Osób z Macicami.
To kompletna bzdura. To określenie miało być używane wyłącznie w kontekście dostępu do opieki medycznej. Warto też dodać, że jeśli komuś określenie „osoby z macicami” się z jakiegoś powodu nie podoba, to nie jest to jedyny termin pozwalający objąć osoby inne niż ciskobiety.
Jazz Jennings, Jessica Herthel: Mam na imię Jazz
Mam na imię Jazz
Jazz Jennings, Jessica Herthel
34,90
A jak jeszcze można ująć wszystkich, których dotyczy problem?
Istnieje wiele innych określeń, np. „osoby, które mogą zajść w ciążę”. Można też po prostu we wspólnych postulatach wymienić po przecinku kobiety, transmężczyzn i osoby niebinarne. I również nie ma w tym nic złego. Nie chodzi o stworzenie sztywnej językowej normy, ale o zwrócenie uwagi na konkretny problem.
Nikt nie chce zastąpić kobiet w żadnym innym kontekście, który nie jest ściśle medyczny i nie dotyka kwestii posiadania macicy. Takie określenia powstają wyłącznie w tym celu i jeśli są używane gdziekolwiek indziej, to niezgodnie ze swoim przeznaczeniem i postulatami osób trans. Jeśli chodzi o jakąkolwiek inną sferę dyskryminacji, np. przemoc fizyczną czy ekonomiczną wobec kobiet, to nie ma tutaj żadnego parcia, by mówić o krzywdzeniu osób z macicami.
Ale niektóre kobiety właśnie tego się obawiają – że aborcja to tylko pretekst do zawłaszczania kolejnych bastionów walki o prawa kobiet.
To daleko posunięte nadużycie. Strach przed tym, że osoby trans chcą wygumkować kobiety, jest nieuzasadniony również z tego względu, że nie ma i nie będzie żadnego lingwistycznego projektu, który zdołałby wymazać ze społeczeństwa świadomość, że w ciążę zachodzą przede wszystkim kobiety i przede wszystkim to one robią aborcję. Wyłącznym celem nowych rozwiązań językowych jest pokazanie, że to nie musi być jedyna opcja, że bycie w ciąży nie musi być równoznaczne z byciem kobietą.
Szerzenie publicznych lęków przed osobami trans rzekomo ostrzącymi sobie zęby na zajęcie kobiecych przestrzeni przypomina mi narrację skrajnej prawicy, równie mocno lękającej się społeczności LGBT+. Od nich słyszymy przecież, że pozwolenie na określanie pary gejowskiej mianem rodziny wymaże i zniszczy „tradycyjne” rodziny. Czym ten mechanizm różni się od wypowiedzi dziennikarki czy aktywistki przestraszonych faktem, że jeśli feminizm będzie ujmował w swojej walce o prawo do aborcji również inne grupy, to ucierpi na tym wspólna sprawa i większość kobiet? Nie mam dobrego zdania o takich obawach. To produkt uprzedzeń, wyimaginowanego, a nie realnego zagrożenia. Dokładnie takiego, jakim karmią się konserwatyści.
Terfizm, który transpłciowa aktywistka Maja Heban nazwała „transfobią w białych rękawiczkach”, jeszcze do niedawna był całkowicie nieznanym zjawiskiem w polskim ruchu feministycznym. Co się zmieniło i dlaczego akurat teraz?
Nie zgadzam się z tezą, że terfizm zdobywa jakąś szczególną widoczność w polskim feminizmie. Nie wydaje mi się, by istniał jako zorganizowany odłam całego ruchu, który przez lata przecież blisko współpracował i przenikał się ze społecznością osób trans i jej organizacjami. Trans-Fuzja już w 2010 roku brała udział w warszawskiej manifie, wiele osób trans działa w stowarzyszeniach feministycznych lub im przewodniczy. Na pewno w tym czasie zdarzały się jakieś spięcia, ale głównie wynikały one z niewiedzy lub rodziły się na gruncie niezideologizowanej transfobii. Nie wydaje mi się, by w tej kwestii cokolwiek się zmieniło. Jeżeli możemy mówić o jakiejś tendencji, to jest ona zogniskowana wokół kilku indywidualnych osób, które mają dojścia do mediów i z jakiegoś powodu postanowiły napisać artykuły czy udzielić wywiadów normalizujących lub starających się zaimportować do Polski terfizm.
A jak to wygląda za granicą?
Terfizm jako gałąź radykalnego feminizmu istniał w zasadzie od momentu powstania organizacji osób transpłciowych w USA i Wielkiej Brytanii. Opiera się na podważeniu tożsamości płciowej odczuwanej przez osoby trans w wyniku założenia, że płeć wyznaczają wyłącznie cechy biologiczne. W związku z tym osoby trans urodzone jako mężczyźni stanowią zagrożenie dla całej reszty kobiet. Terfizm nigdy nie stał się mainstreamowym nurtem feminizmu w żadnym kraju, jednak w niektórych miejscach udało mu się osiągnąć istotny wpływ np. na politykę równościową i dyskurs publiczny głównie dzięki działalności wyrażających takie poglądy poważanych dziennikarek, aktywistek czy takich powszechnie znanych osobistości jak pisarka J.K. Rowling. Tutaj najbardziej znanym przykładem jest wspomniana Wielka Brytania, gdzie w jednym z lewicowych pism opublikowano nawet karykaturę obrazującą stosunek terfizmu do osób trans. Na rysunku transkobiety to krokodyle, zakradające się do stawu z kijankami. Przekaz był mniej więcej taki: „identyfikuję się jako kijanka, więc mogę tu wejść”.
https://krytykapolityczna.pl/kraj/paulina-januszewska-nina-...