Utrwalana jest opinia, że w 1920 roku wszyscy gremialnie rzucili się do obrony kraju. Wspominał o tym min. Władysław Kosiniak-Kamysz. Mówił o tym prezydent Karol Nawrocki, podkreślając, że Polacy wygrali jedynie dlatego, że byli zjednoczeni. O ile Kosiniakowi-Kamyszowi można wybaczyć taką wypowiedź. W końcu jest lekarzem, a nie historykiem. Tak prezydentowi jako byłemu szefowi IPN nie wypada.
Polska i jej mieszkańcy podczas wojny polsko-bolszewickiej byli podzieleni jak nigdy. Nie chcieli walczyć o Polskę, bo nie wierzyli, że ona powstanie. Tutaj fragment książki, nad którą pracuję o zbrodniach wojennych w wojnie z bolszewikami:
"Według danych Milicji Ludowej do połowy 1919 roku liczba dezercji wśród Polaków, Żydów i Ukraińców była na bardzo zbliżonym poziomie. Na tym tle wyróżniali się jednak polscy chłopi. Nie wierzyli oni w niepodległą Polskę, a bolszewicka propaganda straszyła ich powrotem pańszczyzny.
Chłopi z powiatu sandomierskiego dopytywali się nawet czy wygrywają Polacy czy nasi, czyli bolszewicy, których utożsamiali z Rosją carów, która dała im wolność. Mówiono, że „Panowie robią pobór”. Niewielu chłopów chciało walczyć w „pańskiej” armii. Płk Michał Tokarzewskiego raportował 17 marca 1919 roku, że „z Białej Podlaskiej przyjechał transport do Ostrowi złożony z 500 rekrutów, 150 po drodze uciekło, a reszta tak zdemoralizowana, że dowództwo dywizji odsyła ich z powrotem”1.
Liczba dezercji mimo usilnych starań nie spadała. Wręcz przeciwnie. Na tyłach wzrosła do niebotycznych rozmiarów. Wiosną 1919 roku okręgu chełmskim z 2,9 tys. poborowych zgłosiło się zaledwie 1,1 tys. osób. W łódzkim z 4 tys., stawiło się zaledwie 1,7 tys. poborowych. Rok później, podczas bolszewickiej ofensywy, poborowi również nie garnęli się do służby. W Łomży stawiło się 33 proc. powołanych. W Kolnie zaledwie 26 proc. W Radomiu około 40 proc. Więcej chętnych było w Kielcach, gdzie stawiło się około 60 proc. powołanych.
Wedle danych Naczelnego Dowództwa, w zależności od regionu do poboru stawiało się średnio od 30 do 50 procent poborowych. Najgorsze wyniki były na Pomorzu, wschodniej części Kongresówki i w Małopolsce. Na Kaszubach były regiony, gdzie nie stawił się nikt. W Galicji ukrywało się 36,7 tys. dezerterów". Nie świadczy to najlepiej, co?
Co znamienite, zbliżanie się Armii Czerwonej pod Warszawę, nie tylko nie skonsolidowało armii, ale spowodowało, że dezercji było więcej. Powodów było kilka. Po pierwsze obawa przed przegraną. Po drugie bojaźń o swoje życie. Po trzecie... żniwa. Chłopi, jak pisałem wyżej, zwłaszcza w biedniejszych regionach, traktowali konflikt jako „sprawę panów”, nie własną. Dla nich liczyła się rola i to, że stoi odłogiem i nie ma kto zebrać zboża.
Dlatego wielu dezerterów uciekało, by zadbać o rodzinne gospodarstwo, zwłaszcza w okresie żniw lub gdy wypadki losowe, np. choroba, śmierć bliskich, wymagały ich obecności w domu. Niewielkie wynagrodzenie i brak stałego wsparcia w jednostkach sprzyjały odchodzeniu z armii. W 1920 roku Żandarmeria szacowała, że to było powodem ponad 80 proc. dezercji szeregowych żołnierzy, pochodzących ze wsi.
Do tego dla wielu chłopów niepodległość Polski była pojęciem abstrakcyjnym. Priorytetem była codzienna egzystencja. Pobór był traktowany jako obowiązek narzucony „z góry”, a nie szansa na obronę ojczyzny.
Ponadto we wsiach bardzo dobrze działała zarówno sowiecka, jak i kontrrewolucyjna propaganda, która sugerowała chłopom, że front wkrótce przeminie lub że lepiej uciec do domu niż walczyć o coś, co nie jest im bliskie. I często nawet księża nie byli ich wstanie przekonać, zwłaszcza, że z powodów ekonomicznych wielu chłopom zaszli za skórę.
I w żaden sposób chłopom nie przeszkadzały surowe kary, jakie mogły ich spotkać. Dr Leszek Kania pisał w "Wyroki bez apelacji. Sądy polowe w Wojsku Polskim w czasie wojny z Rosją Sowiecką 1919–1921":
"Nawet surowe wyroki nie zrobiłyby w tym czasie wrażenia, gdyż żołnierz bardziej obawiał się kozackiego pałasza niż oddania pod sąd polowy. [...] Temida wojskowa pokazała natomiast pazur wobec dezerterów i ludzi uchylających się od poboru w przededniu bitwy o Warszawę i Lwów. Zaznaczyła się surowymi wyrokami na odbitych
terenach. Salwy plutonów egzekucyjnych odegrały swoją rolę, obwieszczając powrót polskiego państwa i przywracając jego autorytet”.
Teraz coś bezpośrednio o "powszechnej mobilizacji społeczeństwa". W sierpniu, kiedy polska armia była najliczniejsza, udało się zmobilizować zaledwie 2,8 proc. społeczeństwa. W tym w regularnej armii: ok. 400–450 tys., w Armii Ochotniczej ok. 100–120 tys. i ok. 50–70 tys. w jednostkach o charakterze porządkowym.
Jak widać, społeczeństwo w większości reagowało biernie lub ograniczało swój udział do rekrutów i powołań, a narracja o „jedności całego narodu” jest znacznym uproszczeniem.
Największą siłę stanowiła armia zawodowa i mobilizowani rezerwiści, bo 1,5 proc. całości społeczeństwa, a udział spontanicznych ochotników był relatywnie niewielki. Pokazuje to, że sukces militarny był efektem organizacji, planowania i dyscypliny, nie masowego entuzjazmu społecznego.
Teraz doleję oliwy do ognia i powiem wam, że ci niewdzięczni Ukraińcy, którzy nie chcą bronić swojego kraju w tej chwili mają zmobilizowane 4,7 proc. ogółu społeczeństwa.