-0°C

9
Powietrze
Wspaniałe powietrze!
Oddychaj ile sił w płucach!

PM1: 3.81
PM25: 5.63 (22,51%)
PM10: 7.73 (15,47%)
Temperatura: -0.31°C
Ciśnienie: 1017.73 hPa
Wilgotność: 81.00%

Dane z 30.03.2020 00:05, airly.pl


facebook

Forum

żołnierze przeklęci

869 postów
Mińsk Mazowiecki Postów: 34318
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 34318
Sobota, 7 marca 2020 08:22:34
-2
0 -2
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
cd oczywiście nastąpi
Żabodukt Postów: 32152
kumak
Żabodukt, postów: 32152
Niedziela, 8 marca 2020 08:55:41
+1
+2 -1
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
Brawo dla tej Pani https://www.facebook.com/oko.press/videos/2839058636147...
Mińsk Mazowiecki Postów: 34318
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 34318
Niedziela, 8 marca 2020 09:23:45
-2
0 -2
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
celebryci coś tam bredzą o faszyzmie i wolności, tak było za czasów jedynie słusznego ustroju za czasów prl, towarzysze pamiętają lub może chcieliby zaPOmnieć

Jak bezpieka inwigilowała artystów w PRL-u?

Podsłuchiwano ich, śledzono, otaczano tajnymi współpracownikami, cenzurowano utwory… Wachlarz środków stosowanych przez SB wobec peerelowskich artystów był o wiele szerszy, niż by ci się wydawało. Czy Twojego ulubionego piosenkarza też śledzono? Czy zbierano brudy na ludzi, na których muzyce się wychowałeś?

Popularni, uwielbiani, podziwiani przez setki tysięcy młodych ludzi. Myślowo, a niekiedy i materialnie, niezależni. Często wyjeżdżający za granicę. Mający dostęp do tamtejszej kultury: muzyki, gazet, książek, filmów. Występujący na Zachodzie i zarabiający „prawdziwe pieniądze”.

Nic dziwnego, że artyści w PRL-u byli przedmiotem specjalnego zainteresowania ze strony Służby Bezpieczeństwa.
Szantaż, groźby i… wiara w socjalizm

Najczęściej wykorzystywanym sposobem inwigilacji było po prostu pozyskanie artysty – piosenkarza, muzyka, aktora – na tajnego współpracownika. Robiono to różnymi sposobami: namowami, przekupstwem, szantażem, groźbami. Niektórzy łamali się i podpisywali zobowiązanie do współpracy, inni robili to z przekonania, jeszcze inni – za konkretne materialne wynagrodzenie.

Popularny aktor Maciej Damięcki przyłapany w 1973 roku na prowadzeniu samochodu pod wpływem alkoholu, by nie stracić prawa jazdy, zgodził się składać donosy do SB. Z jego teczki wynika, że opowiadał funkcjonariuszom o swoich kolegach-aktorach, między innymi o Gustawie Holoubku, Piotrze Fronczewskim, Danielu Olbrychskim i Marku Kondracie. Za współpracę Damięcki nie dostawał pieniędzy, lecz upominki – na przykład drogie alkohole.
Inny – głośny niedawno – przykład to współpraca z SB znanego aktora Jerzego Zelnika. Podpisał zobowiązanie do współpracy na początku lat 60., a pozyskano go… na zasadzie dobrowolności. W jednej ze swoich wypowiedzi Zelnik stwierdził, że w tamtym czasie uważał, iż współpracując z SB zachowuje się jak trzeba, ponieważ głęboko wierzył w ustrój socjalistyczny…
Kierownicy i menedżerowie to były esbeckie wtyczki

Praktycznym sposobem inwigilowania artystów, głównie muzyków, było otoczenie ich ludźmi współpracującymi ze Służbą Bezpieczeństwa, na przykład menedżerami, impresariami lub kierownikami muzycznymi. Jak w książce „Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości” opowiada Alicja Klenczon, żona lidera Czerwonych Gitar:

wszyscy wiedzieli, że kierownicy i menedżerowie to były esbeckie wtyczki, a w dodatku robili własne interesy, dając zarobić własnym żonom i innym członkom rodziny. Ale w tamtym systemie przy zespole musiał być ktoś, kto dobrze poruszał się w muzyczno-partyjnych układach.
W przypadku Czerwonych Gitar był to menedżer Jan Górecki z warszawskiej Estrady. „Znał kilka języków i organizował większość zagranicznych tras Czerwonych Gitar (…). Górecki umiał rozmawiać z ludźmi i właściwie nie było sprawy, której nie był w stanie załatwić. Podejrzewaliśmy, że ma jakieś związki z SB albo wywiadem. Górecki znał wszystkich w Pagarcie, gdzie decydowano, kto pojedzie na trasę koncertową za granicę. A wszyscy chcieli jeździć, bo najlepiej się na tym zarabiało”, wspomina Alicja Klenczon.

Ale by wyjechać, trzeba było mieć paszport. Wydanie go zaś zależało od dobrej woli władzy. Był to jeden z istotniejszych elementów kontroli społeczeństwa w PRL-u, ale też narzędzie szantażu i nagradzania jednostek.

Ludzie z hakiem w życiorysie nie mogli liczyć na otrzymanie upragnionej niebieskiej książeczki z orłem na okładce. Tak było z Alicją Klenczon, której wielokrotnie odmawiano przyznania paszportu, przez co przez dziewięć lat nie mogła zobaczyć swoich rodziców, którzy wyemigrowali do USA.
Muzyk w kamaszach

Często wykorzystywanym przez władze sposobem kontrolowania i karania niepokornych artystów było… powoływanie ich do wojska. Młodych muzyków, którzy nie spełnili jeszcze zaszczytnego obowiązku służby wojskowej, powoływano w szeregi bez względu na prośby i uzasadnienia, że są potrzebni w swoich zespołach.

W takiej sytuacji znalazł się muzyk Czerwonych Gitar Henryk Zomerski, który musiał się nawet z tego powodu ukrywać. Jak relacjonuje we wspomnianej książce Alicja Klenczon, Zomerski na koncerty nie jeździł autobusem z kolegami, ale dojeżdżał własnym samochodem – syrenką – i grał na basie… schowany w wielkim pudle. Występował też pod fikcyjnym nazwiskiem Janusz Horski.

Kochał się w dziewczynie, której nie akceptowała jego matka. Informowała więc WKU, gdzie można znaleźć syna. „W końcu wzięli go do wojska. To stało się w Domu Chłopa w Warszawie, na moich oczach. Przyjechała po niego Żandarmeria Wojskowa i po prostu z autobusu zabrali go w kamasze”, opowiada Alicja Klenczon.
Klenczon unika wojska

Pobór groził także Krzysztofowi Klenczonowi, ale jego ojciec, wykorzystując znajomości w WKU, załatwił mu odroczenie. Później lekarz przyznał mu kategorię zdrowia D, która zwalniała od służby wojskowej. Nie trzeba chyba dodawać, że w rzeczywistości młody muzyk cieszył się świetnym zdrowiem.

„Mój teść miał szerokie kontakty. Znał ordynatora szpitala, aptekarza, sekretarza partii. Krzysztof zaszantażował ojca, że jeśli go wezmą w kamasze, to popełni samobójstwo”, zdradza w książce żona artysty. Poboru nie uniknął natomiast Jerzy Kossela z Niebiesko-Czarnych, który odsłużył w „ludowym” Wojsku Polskim dwa lata (wprawdzie jako bibliotekarz, ale jednak).
Uderzenie po kieszeni

Skuteczną metodą szantażowania artystów w PRL-u były działania wpływające na ich status materialny. Pisarze, poeci, malarze czy muzycy pozostawali w tamtych czasach praktycznie na państwowym garnuszku. Gdy władza uznała, że twórca nie zachowuje się jak należy, to – mówiąc kolokwialnie – dostawał po kieszeni.
Na muzyków nakładano zakaz koncertowania lub – w wersji łagodniejszej – zakaz intratnych koncertów zagranicznych. Nie pozwalano wydawać płyt lub poważnie zmniejszano ich nakład, blokowano puszczanie piosnek w radiu i telewizji, zabraniano publikowania wywiadów.

Z takim traktowaniem zmagały się niepokorne rockowe zespoły w latach 80. ubiegłego wieku, takich jak KSU, Kobranocka, Kult czy Tzn Xenna. Sposobów na szykanowanie zespołów było zresztą znacznie więcej. W teksty mocno ingerowała cenzura, domagając się zmian, lub odrzucając niektóre z nich. I tak na przykład część nakładu nagranego w 1983 roku singla zespołu Dezerter pod tytułem „Ku przyszłości” została zniszczona właśnie w wyniku interwencji cenzury.

Władzom nie podobały się także niektóre nazwy zespołów. Słynna Brygada Kryzys otrzymała na początku lat 80. propozycję zagrania serii koncertów – pod warunkiem wszakże, że… zmieni nazwę na Brygada K.
Niebezpieczne festiwale

Osobnym nadzorem objęto „niebezpieczne” wydarzenia muzyczne, przede wszystkim głośny (dosłownie i w przenośni) festiwal rockowy w Jarocinie. Z jednej strony był on wentylem bezpieczeństwa, pozwalającym skanalizować buntownicze i nonkonformistyczne nastroje młodych ludzi. Władze uznawały bowiem aktywność młodzieży związaną z muzyką za „mniejsze zło niż działalność opozycyjna, polityczna i religijna”.

Z drugiej zaś strony, uważano Jarocin za zjawisko niebezpieczne i – w przypadku braku kontroli – mogące szkodliwie oddziaływać na „zdrową” część młodych ludzi. Festiwal poddano więc „opiece”, na którą składały się między innymi: aktywność oficjalnych organizacji młodzieżowych, cenzura tekstów i inwigilacja uczestników. Z każdego Jarocina milicja i SB przygotowywały dokładne raporty.

Podobnie postępowano z innymi tego typu wydarzeniami muzycznymi. Jak ustalili badacze IPN, jednym ze sposobów pacyfikowania festiwali były występy na nich znanych i akceptowanych przez władze zespołów. Gdy jednak na jednym z takich wydarzeń gry odmówiły: Lombard, Republika i Wanda, w ramach represji nie pozwolono im na wyjazd za granicę i ograniczono nadawanie ich utworów w radiu i telewizji.
Być albo nie być

W podobny sposób traktowano niepokornych pisarzy i poetów. Odbierano im stypendia twórcze, nie dawano paszportów, zmniejszano nakłady książek, albo całkowicie zakazywano ich wydawania. A jeśli już jakimś cudem się ukazały, biblioteki dostawały instrukcję, żeby ich nie kupować.

Takie traktowanie spotkało w PRL-u wielu opozycyjnie nastawionych ludzi pióra, by wymienić tylko Pawła Jasienicę, Tadeusza Konwickiego czy poetów Nowej Fali z przełomu lat 60. i 70., a wśród nich Adama Zagajewskiego i Stanisława Barańczaka. W skrajnych przypadkach podpadnięcie władzy oznaczało nie tylko brak środków do życia, ale w ogóle zniknięcie z obiegu publicznego.

Stasi pomoże!

W trudnym dziele inwigilowania artystów Służba Bezpieczeństwa musiała się niekiedy uciekać do pomocy towarzyszy z bratnich krajów socjalistycznych. I tak na przykład w 1983 roku polskie MSW przekazało wschodnioniemieckiej Stasi listę polskich artystów, których należy poddać inwigilacji.
Znaleźli się wśród nich: piosenkarka Izabela Trojanowska, reżyser Andrzej Wajda i aktorka Krystyna Janda, a także literaci – Tomasz Jastrun, Antoni Libera i Marek Nowakowski. Enerdowska bezpieka mocno obawiała się kontaktów polskich artystów z Niemcami. Chodziło o to, by elity intelektualne znad Wisły nie próbowały zaszczepić we wschodnich Niemczech wywrotowych idei „Solidarności”.

Jak w praktyce wyglądała taka inwigilacja? Otóż podczas pobytów na terytorium NRD lub RFN, gdzie Stasi również miała swoją agenturę, wokół polskich artystów pojawiali się tajni współpracownicy. Polscy twórcy byli też poddawani rewizjom przy przekraczaniu niemieckich granic.

Jak więc widać, bycie artystą w PRL-u nie składało się z samych przyjemności. Ówcześni twórcy musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcą być posłuszni władzy i korzystać z wynikających stąd profitów, czy też narażać się na szykany i inwigilację. Wybór należał do nich.
Bibliografia:

Alicja Klenczon, Tomasz Potkaj, Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości, Wydawnictwo WAM, Kraków 2017.
Twórcy na służbie. W służbie twórczości, red. Sebastian Ligarski, IPN, Warszawa 2013.
Joanna Siedlecka, Kryptonim „Liryka”. Bezpieka wobec literatów, Prószyński i Ska, Warszawa 2008.

https://ciekawostkihistoryczne.pl/2017/06/13/jak-bezpieka-inwigi...
Mińsk Mazowiecki Postów: 34318
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 34318
Wtorek, 10 marca 2020 20:01:45
0
+1 -1
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
skoro była to "kraina mlekiem i miodem dla towarzyszy płynąca" to czemu spieprzali na oślep byle dalej na zachód , zgniły i na dokładkę burżuazyjny

Najbardziej spektakularne ucieczki z PRL-u

Artyści, sportowcy, a nawet… dygnitarz z bezpieki! Lepszego życia na emigracji szukali ci, którzy nie mieli nic do stracenia. Ale też ludzie, którzy w ludowym reżimie żyli jak pączki w maśle. Do wyjazdu szykowali się miesiącami. O tym, czy uda im się umknąć czujnemu oku komunistycznej władzy decydowały jednak ułamki sekund....

https://ciekawostkihistoryczne.pl/2017/03/14/najbardziej-spektak...
Mińsk Mazowiecki Postów: 34318
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 34318
Środa, 11 marca 2020 11:25:01
-2
0 -2
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
taki nieco wstydliwy temat z czasów prl, jedni jechali na Śląsk i dostawali łopatę zamiast karabinu inni szli odsłużyć a nie zasłużyć jeszcze inni kombinowali na różne sposoby

Jak Polacy w PRL-u migali się od wojska? Poznaj pomysły, w które aż trudno uwierzyć

Samobójcze deklaracje. Nadprodukcja lekarskich zaświadczeń. A nawet łamanie kończyn. Potencjalni rekruci byli gotowi na wszystko, byle wymigać się od poboru. Co działało najlepiej, a co nie mogło się udać… ale i tak tego próbowano?

Zasadnicza służba wojskowa w PRL kojarzyła się z przymusem, bezmyślnością i ideologicznym praniem mózgu. Rozpoczynało się ono już od przysięgi, której rota obejmowała między innymi ślubowanie podtrzymywania braterskich stosunków z Armią Radziecką. Oczywiście, była też „fala”. W efekcie dwa lata służby w wojskach lądowych i trzy lata w marynarce jawiły się wielu młodym ludziom jako czas kompletnie zmarnowany. Aby nie iść w kamasze chwytano się najróżniejszych sposobów. Niekiedy dość desperackich.
Najlepiej było „zachorować”

Najbardziej popularną metodą uniknięcia służby w ludowym Wojsku Polskim było symulowanie poważnej choroby. Fantazja poborowych była wielka. Wspierali ją zaprzyjaźnieni lekarze, wystawiający potrzebne zaświadczenia. Niekiedy wystarczyło powiedzieć: „Panie doktorze, jestem całkiem normalny, tylko nie chcę iść do wojska. Bardzo się boję, mam takie straszne lęki i nocami nie śpię z tego powodu”. Prośbę wspierało się oczywiście odpowiednim prezentem.

W taki właśnie sposób poboru uniknął lider Czerwonych Gitar Krzysztof Klenczon. Jak zdradza wdowa po muzyku, Alicja Klenczon, w książce Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości, ojciec muzyka załatwił mu odroczenie wykorzystując swoje znajomości w WKU. Lekarz przyznał chłopakowi kategorię zdrowia D. Wszystko przez to, że Krzysztof zaszantażował ojca, mówiąc, że jeśli go wezmą w kamasze, to popełni samobójstwo.
Lepiej do psychiatryka niż do wojska

Pożądane były świadectwa leczenia się na choroby serca, nerek, kręgosłupa czy schorzenia neurologiczne. Szczególnie ceniono – ze względu na trudności z ich weryfikowaniem – choroby psychiczne. Tak zwane „żółte papiery” w większości przypadków dawały gwarancję uniknięcia poboru. Starano się je zdobyć na wszelkie sposoby. Jak wyglądało to w praktyce, wspomina 48-letni Piotr:

Poszedłem do psychologa, a kobieta zaczęła mi wymyślać jakieś fobie, o których nigdy w życiu nie słyszałem. Wziąłem papierki, zrobiła mi paroletnią historię choroby, zostawiłem jej dodatkowo dobry trunek i udałem się do WKU. W moim środowisku nikt sobie wówczas nie wyobrażał założenia munduru i wspólnych ćwiczeń na manewrach na poligonie z Rosjanami. Więc kombinowałem, ile wlezie.

Piotrowi udało się uniknąć służby. Inni nie wahali się iść jeszcze dalej, godząc się nawet na pobyty w szpitalach psychiatrycznych. W 1984 roku na oddział zamknięty w Toruniu trafił Andrzej „Kobra” Kraiński, późniejszy lider grupy Kobranocka. Uciekał przed poborem do armii. To właśnie tam poznał zresztą ordynatora Andrzeja Michorzewskiego. Razem założyli zespół Latający Pisuar, z którego narodziła się Kobranocka.
Nie mogę iść do wojska, bo mam moczenie nocne

Stosowano także półśrodki, które wprawdzie nie zwalniały z obowiązku służby, ale pozwalały odroczyć jego wykonanie. Tak działało choćby udokumentowanie bytności na spotkaniach anonimowych alkoholików oraz pobytów w izbie wytrzeźwień. W cenie były też zaświadczenia o słabym wzroku i słuchu. W ostateczności ratowano się okazując w Wojskowej Komisji Uzupełnień lekarskie zaświadczenie o moczeniu nocnym.

Czasem wystarczyła po prostu odpowiednia ilość dokumentacji. Z powodów zdrowotnych wymigał się od wcielenia do mundurowych jeden z rozmówców z forum dyskusyjnego „Czy byłeś w wojsku?”. Tak wspominał „obrady” komisji poborowej:

W wojsku nie byłem. Dostałem kategorię E na pierwszej komisji jeszcze za komuny. Nie musiałem za bardzo kombinować dzięki szeroko udokumentowanym problemom z nerkami z dzieciństwa. Wprawdzie było i minęło, jednak plik kart wypisowych ze szpitali grubości 20 cm zrobił wystarczające wrażenie (nawet nie obejrzeli – wystarczyła ta na wierzchu i ich ilość)…
Igły, żyletki, drzwi od samochodu

Gdy zabrakło stosownych lekarskich zaświadczeń, trzeba było sięgać po (nomen omen) ostrzejsze sposoby. Desperaci uciekali się nawet do samookaleczania. Początkowo przybierało ono formy dość łagodne. Robiono sobie na przykład za pomocą igły na rękach niewielkie wkłucia, charakterystyczne dla narkomanów.
Jak wynika z relacji samych zainteresowanych, stosujących metodę z igłą, przez pewien czas lekarze wojskowi dawali się nabierać. Później wybieg został rozszyfrowany, uciekano się więc do coraz bardziej radykalnych sposobów. Cięto się żyletkami, a nawet łamano sobie kończyny. Rezultaty bywały tragiczne. Pod koniec lat 80. pewien młody człowiek chciał złamać sobie rękę, wkładając ją w drzwi dużego fiata. Koledzy zatrzasnęli je jednak zbyt mocno, co doprowadziło do otwartego złamania i poważnych komplikacji przy zrastaniu się kości.
Wpływ przymusowego poboru na poziom wykształcenia społeczeństwa

Drugim pod względem popularności sposobem na uniknięcie służby wojskowej było… zdobywanie wykształcenia. Kontynuowanie nauki w szkole pomaturalnej lub na studiach pozwalało uzyskać odroczenie na trzy, cztery lub nawet pięć lat. Nic dziwnego, że w Polsce Ludowej popularne wśród części młodzieży męskiej stały się szkoły policealne, pomaturalne seminaria nauczycielskie oraz uczelnie wyższe.

Studia opłacały się wyjątkowo, bo posiadanie tytułu magistra uprawniało do krótszej służby zasadniczej i uzyskania stopnia podchorążego (a w perspektywie podporucznika). Niepozbawiona ziarna prawdy anegdota głosi, że przymusowy pobór w PRL-u przysporzył krajowi wykształconych ludzi. Niejeden trafił na uniwersytet tylko po to, żeby nie iść do wojska.
Pobyt na uczelniach możliwie wydłużano. Funkcjonowali na nich wieczni studenci, kształcący się siedem, osiem lat, a czasem i dłużej. Po zakończeniu jednych studiów natychmiast rozpoczynano drugie lub podejmowano studia doktoranckie. Wszystko po to, by wrażliwy okres po prostu przeczekać. Najbardziej wytrwałym, jak wyznał w jednym z wywiadów obecny minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin, udawało się studiować aż do osiągnięcia wieku zwalniającego z powołania do wojska. „Robiliśmy wszystko, stawialiśmy na głowie, żeby uniknąć służby wojskowej” – wyznał polityk.
Na koncercie w pudle, z koncertu do wojska

Młodzi obywatele Polski Ludowej sięgali też po bardziej kreatywne sposoby migania się od wojska. Częste były przypadki uchylania się przed odebraniem wezwania na WKU. „Zaprzyjaźniona pani na poczcie od razu wpisywała we właściwą rubrykę «nieodebrane»” – wspomina jeden z niedoszłych rekrutów. Czasem wręcz ukrywano się przed Wojskową Służbą Wewnętrzną, która dostarczała opornych poborowych do jednostek. Jak głosiło ówczesne przysłowie: „A on w mateczniku siedział, by się pobór nie dowiedział”. Nocowano u rodziny lub znajomych, czasem w parku lub na dachu bloku.

Niektórzy zmieniali wygląd. „Po powrocie do Krakowa zgoliłem dla niepoznaki brodę…” – wspomina doktor Karol Życzkowski, autor „Notatek szeregowca”. Wyjeżdżano także do innych miast lub posługiwano się fałszywym nazwiskiem. W taki właśnie sposób przed wojskiem ukrywał się inny członek Czerwonych Gitar, Henryk Zomerski.
Muzyk występował pod fikcyjnym nazwiskiem Janusz Horski. Na koncerty nie jeździł autobusem z kolegami, ale przyjeżdżał własnym samochodem. Podczas występów zaś grał na basie schowany w wielkim pudle. Jego starania zakończyły się jednak klapą. Wszystko przez to, że był zakochany w dziewczynie, której nie akceptowała jego matka. Rodzicielka Zomerskiego poinformowała więc WKU, gdzie można znaleźć syna. Basista został zgarnięty przez WSW wprost z koncertu Czerwonych Gitar w Domu Chłopa w Warszawie.
Do wojska zamiast do Włoch

Innym praktykowanym rozwiązaniem był wyjazd za granicę. „Miałem przyjaciela, który zdał na Uniwersytet Warszawski wyłącznie po to, aby po zaliczeniu pierwszych egzaminów złożyć prośbę o paszport i uciec do Stanów” – wspomina jeden z weteranów uchylania się od służby wojskowej w PRL.

Do tego sposobu chciał sięgnąć Życzkowski, dziś fizyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wojsko upomniało się o niego pod koniec lat 80., kiedy był świeżo upieczonym doktorem. Tak opisuje swoje plany w „Notatkach szeregowca”:

Koledzy […] namawiali mnie do wspólnego wyjazdu na narty do Włoch. […] Aby uzyskać w Polsce paszport, należało jednak wcześniej otrzymać zgodę z wojska. Z elegancko napisanym podaniem i kopią zaproszenia z Włoch pomaszerowałem więc do Wojskowej Komisji Uzupełnień (WKU). Może nie należało przypominać władzom wojskowym o swoim istnieniu, ale sądziłem że moje papiery nie wróciły jeszcze z Zegrza do Krakowa.
Zawiodłem się srodze. Gdy tydzień po złożeniu podania o wyrażenie zgody na wyjazd do Włoch zameldowałem się w Komendzie Uzupełnień, znany mi już dobrze chorąży oświadczył, że zgody na wyjazd dla mnie nie ma, ale na pociechę da mi bilet do SPR [Szkoły Podchorążych Rezerwy – przyp. red.] na najbliższy, majowy pobór…
Wyjść za wszelką cenę

Ci pechowcy, którym nie udało się uniknąć wcielenia, za wszelką cenę starali się wydostać z wojska. Tu również nie przebierano w środkach. Niektóre sposoby opisał Antoni Pawlak w swojej głośnej niegdyś „Książeczce wojskowej”:

Uciekają. Wszyscy możliwymi sposobami starają się stąd wydostać . Od prymitywnych, obliczonych na krótką metę prób przeskoczenia przez mur, po sposoby bardziej wyrafinowane. Najczęściej przez zakład psychiatryczny.

MAREK Pół roku służby. Z jakichś powodów nie chcą go puścić do domu na przepustkę. W nocy, w świetlicy demonstracyjnie tnie się żyletką, a raczej – jak sam mówił – mojką. Tnie się po przegubach, piersiach, brzuchu i policzkach. Staczamy z nim szaloną walkę o żyletkę, bo ma ochotę pokiereszować także i innych. Miesięczna obserwacja i do domu.
ANDRZEJ II Podciął sobie żyły na tydzień przed przysięgą. Przedtem pisał jakieś podania o zamienienie mu służby wojskowej na pięć lat więzienia. Był to typowy „git” przekonany, że więzienie, oprócz tego, że go nobilituje, będzie łatwiejsze.

RYSZARD Przez cały rok nocne moczenie, którego w rzeczywistości nie miał. W końcu udało mu się, dostał roczne odroczenie. Ten chłopak wzbudził we mnie coś w rodzaju szczerego podziwu. Cały rok wysilał się, aby systematycznie lać w nocy pod siebie. Wyśmiewany i bity przez kolegów, nie poddał się.

Dziś, gdy mamy armię zawodową, obowiązkowy pobór nam nie grozi. No chyba, że Prawo i Sprawiedliwość zdecyduje się przywrócić zasadniczą służbę wojskową. Podobne postulaty wciąż tu i ówdzie się pojawiają…
Bibliografia:

Alicja Klenczon, Tomasz Potkaj, Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości, Wydawnictwo WAM 2017.
Krzysztof Majak, Jarosław Gowin „stawał na głowie”, by uniknąć wojska. Co robili inni? „Próbowałem się powiesić”, NaTemat.pl 24.04.2015.
Karol Życzkowski, Notatki szeregowca, Universitas 1998.
Antoni Pawlak, Książeczka wojskowa, Bellona 2010.

https://ciekawostkihistoryczne.pl/2017/06/24/jak-polacy-w-prl-u-...
Mińsk Mazowiecki Postów: 34318
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 34318
Czwartek, 12 marca 2020 09:14:18
-1
+1 -2
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
„Kaci z Mokotowa” byli zachłanni. Bawili się bronią i żądali nagród

Strzał w potylicę - tak rozwiązywano problemy z „wrogami systemu” po 1945 roku. W więzieniu przy Rakowieckiej w Warszawie kilku oprawców gorliwie pociągało za spust. Do dziś znamy nazwiska tylko dwóch „katów z Mokotowa”.

https://warszawa.naszemiasto.pl/kaci-z-mokotowa-byli-zachlanni...
Mińsk Mazowiecki Postów: 34318
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 34318
Czwartek, 12 marca 2020 09:16:09
-1
+1 -2
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
"Kat Mokotowa co pięć minut mordował kolejnych Zaporczyków. Spektakl mordu trwał pół godziny"

7 marca 1949 roku w mokotowskim więzieniu zamordowany został Heronim Dekutowski "Zapora" wraz z towarzyszami broni. Mordu dokonał Piotr Śmietański "kat Mokotowa", ten sam, który zamordował Witolda Pileckiego. O politycznym mordzie komunistycznych zbrodniarzy na polskich patriotach rozmawiał w Polskim radio 24 Tadeusz Płużański. Jego gościem był historyk IPN Artur Piekarz.

https://tysol.pl/a44535--Kat-Mokotowa-co-piec-m...
Mińsk Mazowiecki Postów: 34318
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 34318
Czwartek, 12 marca 2020 09:18:50
0
+1 -1
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
Kat z Rakowieckiej nieosądzony

W Hrubieszowie wiszą jeszcze klepsydry: „śp. Ryszard Mońko”. Ten ostatni uczestnik zbrodni na Witoldzie Pileckim został pochowany na miejscowym cmentarzu parafialnym. Ryszard Mońko, zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego ds. politycznych, w najbardziej mrocznych, stalinowskich czasach, do końca życia pobierał emeryturę wysokości 9 tys. zł.

Nie tylko nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnie, ale do grobu zabrał tajemnicę, gdzie dokładnie zrzucono zmasakrowane ciało Rotmistrza. Bo Mońko zarządził egzekucję Pileckiego, następnie brał w niej osobiście udział i zapewne pojechał później z jego szczątkami na Łączkę. Jednak przez 27 lat III RP nie zapukał do niego żaden śledczy. Prokurator Instytutu Pamięci Narodowej do końca utrzymywała, że Mońko... nie przeprowadził żadnych czynności w sprawie polskiego bohatera. Mnie bez problemu udało się dotrzeć do Mońki w 2012 r.Nic nie pamiętam

Do Hrubieszowa jechałem w ciemno. Żyje, nie żyje – zastanawiałem się. W końcu ma już koło dziewięćdziesiątki. Z rozpoznaniem Mońki problemu być nie powinno. Ostatni raz widziałem go w 2002 r. na procesie prokuratora Czesława Łapińskiego (oskarżyciela grupy Pileckiego), kiedy zeznawał jako świadek. Adres też miałem. Dostałem go od Wacława Sikorskiego, AK-owca, który wspominał: „Mońko był moim kolegą sprzed wojny. Spotkałem go ponownie w 1948 r. na Mokotowie. Na korytarzu więziennym spytał mnie: »Co tu robisz?«. Odpowiedziałem: »Siedzę. A ty?« – spojrzałem na niego zaintrygowany. Odpowiedział: »Pracuję«”.

Czy Mońko otworzy nam drzwi? Czy mieszka sam? Języka zasięgnęliśmy w restauracji nieopodal zapisanego na kartce adresu. „Mońko? – zdziwiła się kelnerka. Oczywiście, że znam. Mieszka dwie przecznice stąd. Pracuje w policji”. Od słowa do słowa okazało się, że pani mówi o synu stalinowca. Czyli służby mundurowe to rodzinna tradycja. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.

W końcu jest – jednorodzinna willa, nr 43. Nerwy. Nawet jak Mońko mnie wpuści, jego syn może zauważyć, że jestem naszpikowany mikrofonami. Bo razem z kolegami przyjechałem tu, aby zrobić film o ostatnim żyjącym mordercy Witolda Pileckiego. Przez dłuższy czas jednak nikt nie otwiera. Aż tu nagle zbliża się do nas człowiek na rowerze. Malutki, zadbany, z rumieńcem zdrowia na twarzy. Przyglądam się – przecież to Mońko. Dziarsko pedałuje z zakupami w koszyku, a potem zatrzymuje się przy bramie do swojej willi. Kamery ukrytej w samochodzie szczęśliwie nie zauważa. Rozmawiać jednak nie chce. To było dawno. „Nic nie pamiętam” – ucina. Przekonuję go, że jestem historykiem, a w tej chwili trwają prace ekshumacyjne na warszawskiej Łączce. Powinien złożyć relację – dla potomności. I tak zaczęła się nasza rozmowa, która przed bramą jego domu trwała około godziny. On trzymający mocno rower i co chwila nerwowo rozglądający się dokoła. Ja z mikrofonami pod kurtką, pilnujący, żeby nie gestykulować, bo na nagraniu słychać każdy ruch.

Egzekucja w starej kotłowni

O Łączce Mońko nie chciał mi nic powiedzieć, twierdząc, że na Mokotowie pracował do 1948 r., kiedy zamordowanych chowano potajemnie jeszcze na Służewie. Były naczelnik kłamał. Na procesie Łapińskiego zeznawał: „Na Mokotów zostałem skierowany w styczniu 1948 r. ze zlikwidowanej jednostki saperskiej. Jako funkcjonariusz ds. polityczno-wychowawczych uczyłem śledczych zasad polskiego ruchu robotniczego”.

Mnie szczególnie interesowała egzekucja rtm. Pileckiego, w której – jak wynika z dokumentów – Mońko brał udział. Pamiętałem jego opowieść z procesu Łapińskiego: „To był jedyny przypadek w mojej karierze. Zastępowałem Grabickiego [Alojzy Grabicki, który skończył miesięczny kurs więziennictwa w Łodzi i pracował najpierw w Białymstoku, do końca życia nienękany przez wymiar sprawiedliwości ukrywał prawdę o miejscu grzebania więźniów], który takimi sprawami zajmował się rutynowo, ale akurat wyjątkowo wyjechał. Wcześniej wypełniałem tylko gotowe blankiety i podpisywałem się. Dane uczestniczących w egzekucji sprawdzałem na podstawie okazanych mi legitymacji. 25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów, dwóch w mundurach wojskowych, dwóch po cywilnemu. Byli z bezpieki. Na polecenie prokuratora Cypryszewskiego rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu”.

Tu przerwijmy na chwilę zeznanie, jakie Mońko składał przed sądem. W rozmowie ze mną potwierdził, że w pierwszych latach powojennych egzekucje odbywały się głównie wewnątrz oddzielnie stojącego budynku starej kotłowni.

Mońko zeznawał dalej: „Widziałem, jak prowadzili Pileckiego pod ręce, a on poprosił ich, żeby go puścili, bo chce iść sam. Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Więźniów politycznych rozstrzeliwano, pospolitych wieszano. Pluton egzekucyjny to był jeden funkcjonariusz UB (etatowy morderca starszy sierżant UB Piotr Śmietański, sądząc z podpisów na protokołach wykonania KS ledwo piśmienny. Jego następcą był Aleksander Drej, który uśmiercał naszych bohaterów w stanie upojenia alkoholowego). Lekarz w wojskowym mundurze wszedł do budynku i stwierdził zgon. Przed wykonaniem wyroku z Pileckim rozmawiał ksiądz Matusiewicz”.

Z faktu zamordowania ojca w budynku starej kotłowni Zofia Pilecka wyciąga wniosek, że Rotmistrz został spopielony. Nie ma na to jednak żadnych dowodów.

Oskarżający Łapińskiego prokurator IPN u spytała w sądzie świadka Mońkę: „Gdzie pogrzebano Pileckiego?”. A on odparł: „Nie brałem w tym udziału. Od dyżurnych wartowników słyszałem, że ciała zabitych wywoziła gdzieś sanitarka więzienna. Często jechał w niej naczelnik, który miał prawo jazdy”. Również na ostatnie pytanie: „Dlaczego podpisał pan protokół wykonania kary śmierci?” Mońko opowiedział jak zawsze ze spokojem: „A co miałem robić?”.

Śmietański zamordował trupa…

Pamiętając te zeznania, miałem nadzieję, że Mońko powie mi więcej. On powtórzył właściwie opis śmierci Pileckiego, który przedstawił w sądzie: „Wzięli go pod ręce. Czterech ludzi. On powiedział: »Będę szedł sam«. Założyli mu białą opaskę na oczy”.

Dopytywałem, powołując się na świadectwo ks. Jana Stępnia, współwięźnia z ul. Rakowieckiej, który miał widzieć tę ostatnią drogę Rotmistrza z okna celi: „Prowadziło go pod ręce dwóch strażników. Ledwie dotykał stopami ziemi. Nie wiem, czy był wtedy przytomny. Sprawiał wrażenie zupełnie omdlałego”. Czyli wszystko wskazuje na to, że w momencie egzekucji skatowany przez „oficerów” bezpieki Pilecki już nie żył, że Śmietański zamordował trupa… Mońko jednak twardo powtórzył swoje: „Szedł sam, dobrowolnie. Widziałem to dokładnie, szedłem 30–40 m dalej. Nim doszedłem do miejsca, jego już rozstrzelano”. „Gdzie to było, też w kotłowni?” – doprecyzowałem. „Tak. Prócz kata Śmietańskiego byli prokurator, ksiądz”. „Ile było strzałów?” „Słyszałem jeden”. „Co się potem stało?” „Nie wiem. Mówiłem już, że nie uczestniczyłem w pochówkach. Też musiał być wywieziony sanitarką”.

Jestem czysty

Potem spytałem Mońkę jeszcze m.in. o to, dlaczego – jego zdaniem – na ekshumacje na Powązkach trzeba było czekać aż 23 lata? Czy ktoś to blokuje? Mońko na to: „Wydaje mi się, że tak. Może boją się Rosji”.

Ryszard Mońko, z zawodu technik rolniczy i mechanik, który po odejściu z Mokotowa był m.in. – do 1962 r. – naczelnikiem więzienia w Częstochowie, na koniec pochwalił mi się, że ma kilka tysięcy złotych emerytury („Wałęsa, dobry człowiek, wyrównał mi emeryturę”). Zadowolony z życia, miły dla sąsiadów starszy pan cieszył się dobrym zdrowiem. „Nie mam żadnych dochodzeń sądowych. Jestem czysty” – powiedział mi na odchodne. W końcu zmarł w rodzinnym Hrubieszowie, pożegnany przez miejscowych księży. Tak odszedł ostatni morderca Witolda Pileckiego.

Tadeusz Płużański. Publicysta historyczny, komentator polityczny, prezes fundacji „Łączka”, autor książek o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych, w tym ostatniej: „Rotmistrz Pilecki i jego oprawcy”.

https://niezalezna.pl/81345-kat-z-rakowieckiej-nieos...
siennica Postów: 555
tytuss
siennica, postów: 555
Czwartek, 12 marca 2020 09:36:39
-1
+1 -2
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
panowie z tej, właściwej strony lustra, chcecie oczyścić to forum z kumaczej gnidy??
zróbcie kwarantanne od tej mendy na 14 dni, przestańcie robić wpisy, wtedy administrator może zmieni zdanie................... pzd

Zaloguj się aby uczestniczyć w dyskusji oraz uzyskać dostęp do większej ilości wątków na tym forum.

Aktualności

OK