Bartosz Kramek
·
O haniebnej decyzji Karola Nawrockiego i stanie relacji polsko-ukraińskich piszę dla Onetu. Cały artykuł - pod linkiem w komentarzu.
Ukraińskie flagi coraz powszechniej budzą w Polsce niechęć i otwartą agresję, a zagrożenie ze strony rewanżystowskiej Rosji pozostaje w cieniu ukrainofobii. W ostatnich miesiącach ten resentyment eskaluje, a winę za niego w wydatnym stopniu ponoszą tak rosyjska propaganda, jak i rodzima klasa polityczna. Tymczasem nowy lokator pałacu prezydenckiego zawetował nowelizację ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy, czym przekroczył wszelkie granice, ochoczo wpisując się w cele polityki Kremla.
Odmawiając podpisania ustawy, Karol Nawrocki postawił pod znakiem zapytania los niemal miliona obywateli Ukrainy: ich prawo pobytu wygaśnie w ciągu kilku tygodni, wraz z końcem września 2025 r. Przypomnijmy jednocześnie, że według raportu firmy doradczej Deloitte i ONZ-owskiego biura UNHCR, pracujący w Polsce uchodźcy z Ukrainy odpowiadają za 2,7 proc. naszego PKB, generując rocznie dodatkowo 98,7 mld zł. Ich stopa zatrudnienia wyniosła 69 proc. (według danych na 2024 r.), a wskaźniki te systematycznie rosną. Całkowita, przybliżona liczba Ukraińców w naszym kraju może wynosić dwa miliony osób.
Racjonalnie, powinniśmy robić wszystko, by nie tylko zatrzymać ich w Polsce, ale stworzyć im jak najlepsze warunki do rozwoju — alternatywą jest ich reemigracja do krajów Europy Zachodniej, ewentualnie powrót do Ukrainy.
Chora polska logika polityczna nijak ma się do rzeczywistości i realnych wyzwań, powoduje jednak bardzo realne problemy.
Wtedy przestępstwa z nienawiści były faktycznie incydentami — teraz wyzwiska i ataki fizyczne stają się ponurą codziennością. Kompletnie nie radzą sobie z nimi organy ścigania, a mieszkający w Polsce Ukraińcy przestają poznawać kraj, w którym żyją. Relacje historyczne przywodzą na myśl duszne lata 30., antysemicką nagonkę 1968 r. lub — w najlepszym wypadku — antypolskie nastroje w Wielkiej Brytanii, które walnie przyczyniły się do opuszczenia przez nią Unii Europejskiej.
Wina za to spada kolektywnie — choć w różnym stopniu — na niemal całą polską klasę polityczną. Ideologiczna abdykacja na rzecz antyimigranckiej i coraz bardziej faszyzującej prawicy, w nadziei na zjednanie sobie części elektoratu, okazała się przeciwskuteczna. Przejmowanie agendy PiS-u nie przysporzyło popularności tracącym w sondażach liberałom (demokratom), za to odebrało im wiarygodność.
Post edytowany