W piątek, 22 maja 2026 r. polskie media zagotowały się za sprawą ukraińskiego influencera, który Corvettą wjechał w Tatrach w niedostępny dla aut rejon Morskiego Oka. Już w zielonoświątkową sobotę pojawiły się pełne oburzenia reakcje samego premiera, ministra spraw wewnętrznych, policji i szeregu innych instytucji i osobistości.
W ekspresowym tempie „bezczelny i bogaty Ukrainiec” został de facto wydalony z kraju przez najwyższe władze RP z zakazem ponownego wjazdu i zapowiedzią surowych konsekwencji wobec tego typu zachowań. Nie była to jednak reakcja na sam czyn – machina ruszyła ewidentnie pod presją mediów społecznościowych i chyba również doradców od wizerunku.
Przy tej okazji skojarzyła mi się inna historia…
7 stycznia 2025 r. w Niemczech zginął na służbie 32-letni policjant i ojciec Maximilian Stoppa.
Został śmiertelnie potrącony przez Polaka - recydywistę, skazanego wcześniej w Polsce za zabójstwo, uciekającego tym razem skradzionym autem z prędkością ok. 172 km/h.
Tydzień po jego śmierci policjanci w całych Niemczech stanęli o godzinie 11:24 – dokładnie o tej, o której zginął – na minutę ciszy pod hasłem #einervonuns, czyli „jeden z nas”.
Przed siedzibą policji w Dreźnie funkcjonariusze złożyli białe róże. W parlamencie Saksonii posłowie i ministrowie zgromadzili się przed jego zdjęciem w żałobnej oprawie. Straż pożarna, w której Stoppa służył ochotniczo, uruchomiła zbiórkę dla jego partnerki i córki.
Trzy tygodnie po śmierci w kondukcie żałobnym wzięło udział ponad tysiąc policjantów.
Udział w uroczystościach była jedyną reakcją niemieckich polityków – federalna minister spraw wewnętrznych Nancy Faeser, premier Saksonii Michael Kretschmer i premier Brandenburgii Dietmar Woidke.
Żaden z nich nie uczynił z tej sprawy tematu politycznego. Nie było konferencji prasowych, nie było żądań wobec Polski, nie było publicznych oświadczeń o „surowych konsekwencjach”.
Kilka dni temu niemiecki sąd w Cottbus skazał sprawcę na 10 lat i 6 miesięcy więzienia.
Sama sprawa była szeroko komentowana w Niemczech.
W Polsce praktycznie nie zaistniała w debacie publicznej. Niektóre media zdawkowo informowały o tragedii i procesie. Nie było jednak widocznej publicznej reakcji ze strony polskich władz państwowych ani kierownictwa policji. Nie po raz pierwszy zresztą, bo takich historii było w przeszłości wiele.
Starałem się po śmierci Stoppy – swoimi kanałami – doprowadzić przynajmniej do symbolicznego gestu solidarności polskich instytucji wobec jego rodziny i niemieckich policjantów. Rozmawiałem z kilkoma ludźmi, apelowałem do znanych mi osobiście decydentów. Wyrozumiałość niby była, ale publicznej reakcji wcale.
Nie chodzi o porównywanie samych czynów ani ich skutków.
Chodzi o coś innego: o mechanizm polityczny i medialny, który decyduje o tym, które historie stają się hejterskim clickbitem, a które budzą zbyt głębokie zakłopotanie, żeby je nagłaśniać.
Politycy różnych stron sceny politycznej doskonale wiedzą, że tematy związane z „obcymi łamiącymi nasze zasady” budzą emocje, przyciągają uwagę i pozwalają pokazać szybkie działanie państwa. Gdy jednak Polak dopuszcza się dramatycznego czynu za granicą, reakcja niesie ryzyko polityczne – więc „lepiej żeby jej nie było”.
Ani empatia i solidarność wobec ofiar, ani reakcja na łamanie prawa nie powinny zależeć od narodowości sprawcy. Nie powinny być przedmiotem gry politycznej.
Kiedy są – to już nie jest sprawiedliwość ani wrażliwość społeczna. To marketing polityczny najniższych lotów.
Influencer przeprosił i wyjechał.
Maximilian Stoppa do rodziny już nie wróci.
Narodowość człowieka, który pozbawił go życia, jest w Niemczech powszechnie znana. Ale nikt z odpowiedzialnych ludzi, polityków i decydentów zbić na tym kapitału nie próbował.
Ps. zdjęcie zmarłego policjanta z Drezna ze stron internetowych saksońskiej Policji