JAK 5 TYSIĘCY ZMIENIŁO SIĘ W 100 TYSIĘCY
Decyzja polskiego Sejmu o ustaleniu ustawą liczby Polaków pomordowanych na Wołyniu na 100 000 zamyka wszelką dyskusję w Polsce, ponieważ naruszenie prawa jest surowo karane. Prowadzi to do kanonizacji takiej interpretacji w polskiej historiografii i sakralizacji liczby pomordowanych jako aksjomatu – na poziomie publicznym. Jednak oprócz obrazu kanonicznego i sakralnego istnieje nadal potrzeba obrazu prawdziwego, aby sytuacja w Polsce nie usuwała z porządku dziennego kwestii prawdziwej liczby ofiar konfliktu polsko-ukraińskiego, dlatego badania nad tym tematem poza Polską muszą być kontynuowane.
Dziś chcę napisać kilka spostrzeżeń opartych na analizie dokumentów sowieckich i niemieckich. Spośród wielu przykładów wymienię tylko kilka, kierując się zasadą „pierwszy od brzegu”, ponieważ to, co tu napisano, jest tekstem na Facebooku, a nie artykułem naukowym, mającym na celu wyczerpujące omówienie tematu.
Uderzające jest, że według wielu dokumentów z lat 40. XX wieku liczbę Polaków zamordowanych na Wołyniu szacuje się na kilka/kilkanaście tysięcy.
Przykłady z dokumentów sowieckich.
1. W dokumencie zatytułowanym „Orientirowka o prestupnoj anti-sowiet dejatel'noi ukrainsko-germen'skoj nacionalistov v zavdannykh oblasti ukrainskoj SSR”, sporządzonym 25.08.1947 r. przez zastępcę naczelnika II Wydziału NKGB Ukraińskiej SRR, czytamy: „W maju–lipcu 1943 r. z rąk niemieckich banderowców w obwodzie rówieńskim zginęło kilka tysięcy Polaków”. (W maju-lipcu 1943 roku kilka tysięcy Polaków zginęło z rąk niemieckich banderowców w obwodzie rówieńskim). Choć dokument ten jest typową propagandą polityczną oddziałów NKWD i NKGB, gdzie wszystko jest wielokrotnie wyolbrzymiane, został napisany w następstwie wydarzeń, gdy pamięć o nich była jeszcze żywa; dlatego instruktor polityczny nie odważył się skłamać o 100 tysiącach zabitych Polaków. Mógł pisać do woli o „niesłychanych okrucieństwach ukraińsko-niemieckich nacjonalistów”, ale gdy chodziło o szczegóły, rozumiał, że pisze do sowieckich zbirów, którzy jako praktycy dobrze rozumieli, że aby zabić nieco ponad 100 tysięcy Ukraińców na Ukrainie Zachodniej, potrzebowali trzech lat powojennych i kilku dywizji oraz kilkudziesięciu pułków NKWD, tysięcy funkcjonariuszy NKGB i tysięcy członków szwadronów śmierci, których ukrywali pod pozorem „skoków”. Powiedzenie im, że ukraińscy chłopi na Wołyniu zamordowali 100 000 polskich chłopów uzbrojonych w te same siekiery i widły w ciągu niecałego roku, byłoby kpiną ze zdrowego rozsądku. Nawet z NKWD.
2. Odnośnie uzbrojenia ukraińskich i polskich chłopów. W „Szczegółowej nocie o ukraińskich nacjonalistach na terytorium obwodu rówieńskiego” z 28 maja 1943 r., sporządzonej dla Berii i Stalina przez dowódcę radzieckiej jednostki partyzanckiej obwodu rówieńskiego, generała Begmę, po opisaniu zbrodni nacjonalistów na Polakach (zagłada nożami i siekierami), stwierdza się, że Polacy walczyli z ludnością ukraińską w ten sam sposób („Ludność polskich wsi z powodu braku broni tworzy grupy samoobrony uzbrojone w siekiery, widły, kosy, piki itp.”).
3. W 1945 roku w sądzie sowieckim (sądzie?) w Kijowie dowódca oddziału „Ozero”, Stelmaszczuk „Rudy”, stwierdził, że na jego terenie zginęło 5 tysięcy Polaków, a na Wołyniu łącznie 14 tysięcy. Więcej interesujących informacji można znaleźć w „Autobiografii” Stelmaszczuka, przechowywanej w specjalnym funduszu Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii. Jest to 48-stronicowa praca maszynopisowa. Jak na 25-latka, jest to bardzo szczegółowa biografia. Jednak w dokumencie tym nie ma ani słowa o działaniach przeciwko Polakom, choć całe rozdziały poświęcone są walce z partyzantką sowiecką. Nawet podczas spotkania z Klimem Savurem w lipcu 1943 roku, czyli w samym apogeum kampanii antypolskiej, według polskiej historiografii, Savur nie pyta swojego podwładnego ani słowem o realizację rozkazu z czerwca o eksterminacji Polaków, a Stelmaszczuk nie melduje o tym dowódcy ani słowa. Przynajmniej nie jest to odnotowane w tekście. Panowie mówią o przemianowaniu oddziałów partyzanckich na UPA i reorganizacji ich struktury wojskowej.
4. Odnośnie „5000 tysięcy” Polaków zabitych przez 700-osobowy oddział UPA Stelmaszczuka. Pytanie retoryczne: ilu Ukraińców zginęło jednocześnie z rąk 700 Polaków z 202. batalionu Schutzmannschaft, którzy zresztą byli lepiej uzbrojeni i wyposażeni niż oddział Stelmaszczuka? Przecież nie przyjechali na Wołyń po gimnastykę artystyczną…
5. Nie mniej interesująca jest sytuacja na przełomie 1944 i 1945 roku, kiedy podpisano umowę o wymianie ludności, otwierając Polakom na Wołyniu drogę powrotu do historycznej ojczyzny. Radzieckie komisje przesiedleńcze biją na alarm w raporcie dla Komitetu Centralnego partii, gdzie stwierdzają, że Polacy bojkotują przesiedlenia. Wydawałoby się, że po „niesłychanej w historii ludzkości masakrze” dokonanej kilka miesięcy wcześniej przez ukraińskich nacjonalistów, możliwość ucieczki z tego piekła powinna stać się odruchem samozachowawczym, ale do stycznia 1945 roku do Polski wyjechało zaledwie 4% Polaków z list rejestracyjnych. Jednak wyjazdy gwałtownie przyspieszyły po „kilku aresztowaniach”, jak czytamy w dokumencie partyjnym. W rezultacie mamy sytuację schizofreniczną z psychologicznego punktu widzenia: „masakra” 100 tysięcy nie była wystarczającym powodem do wyjazdu, a aresztowanie kilkudziesięciu Polaków wywołało paniczną ucieczkę pozostałych.
Przykłady z dokumentów niemieckich.
1. W wielu dokumentach niemieckich znajdujemy wzmianki o antypolskich wystąpieniach ukraińskiego podziemia, ale żaden z nich nie wspomina o masowości tych ataków. Przykładowo w raporcie komisarza Rzeszy E. Kocha do G. Himmlera czytamy, że ukraińscy partyzanci „oświadczają, że ich walka skierowana jest wyłącznie przeciwko »brunatnym« wyzyskiwaczom i policji. Ukraińskie bandy nacjonalistyczne korzystają również z okazji, by mordować Polaków, Czechów i volksdeutschów mieszkających na wsi, często w najbardziej brutalny sposób. Ponadto ataki wszystkich band są systematycznie skierowane przeciwko tym mieszkańcom, którzy służą Niemcom lub sympatyzują z Niemcami. Liczni starostowie, sołtysi i policjanci, a także członkowie ich rodzin, zostali już zabici z powodu swojego oddania sprawie niemieckiej”. Zatem, choć dokument odnotowuje obecność ataków na Polaków, umieszcza je w szerszym kontekście, który pozostawia ich z oznakami wyjątkowości (popularne w tekstach polskich „ginęli tylko dlatego, że byli Polakami”) i nie wskazuje na skalę działań antypolskich. Dokument ten wyraźnie dowodzi, że działania UPA nie miały charakteru etnicznego, lecz były skierowane przeciwko WSZYSTKIM okupantom, kolonistom i kolaborantom, czyli miały charakter narodowowyzwoleńczy, a nie ludobójczy.
2. Nie znajdujemy również oznak masowego charakteru takich działań w niemieckich raportach ekonomicznych. Naturalnym oczekiwaniem byłby wpływ tych masowych mordów na zasiewy, zbiory, zaopatrzenie w produkty obowiązkowe, zasoby ludzkie itp. Nie ma o tym wzmianki na przykład w raportach z dwóch dużych konferencji gospodarczych, które odbyły się w czerwcu i październiku 1943 r., ale obie w alarmującym tonie mówią jedynie o destrukcyjnym wpływie partyzantów sowieckich na sprawy gospodarcze w regionie.
3. Ważnym źródłem informacji o sytuacji bezpieczeństwa są codzienne raporty dowódców różnych oddziałów tyłowych Wehrmachtu. W Okręgu Generalnym Wołynia i Podola komendantura polowa miała kod OFK 579. W szczególności interesujące dla naszego tematu są raporty komendantów polowych: FK 620 z Kowla, FK 280 z Sarn, FK 753 z Dubna i FK 183 z Płoskurowa. Raporty te pochodziły nie tylko ze źródeł wojskowych, ale także z codziennych raportów policji i żandarmerii, które dawały dość pełny obraz sytuacji bezpieczeństwa w całym okręgu. Archiwum Łuckie (DAVO) zachowało fragment takich raportów z okresu od 4.10.1943 do 7.12.1943 roku. W tym czasie odnotowano jedynie kilka wzmianek o konflikcie polsko-ukraińskim. Przykładowo, 13.10.1943 roku odnotowano, że we wsi Kołodiażne „4 Polaków zostało zabitych przez ukraińskich bandytów”. Znacznie więcej informacji zawierają relacje z bitew i potyczek UPA z partyzantką sowiecką. Stanowi to ostry kontrast z relacjami podobnych komendantów z dystryktu lubelskiego, gdzie często pojawiają się wzmianki o konflikcie polsko-ukraińskim, a masakra Ukraińców dokonana przez Polaków w regionie hrubieszowskim jest szczegółowo opisana.
4. Interesująca, choć zupełnie niezrozumiała w kontekście rzekomej masowej masakry Polaków, jest działalność pacyfikacyjna Niemców w tym czasie. Jeśli spojrzymy na mapę niemieckich „poważnych środków bezpieczeństwa” (gross Unternahmen), to na wschód od Wołynia trwa akcja Seidlitz (58 spalonych wsi, około 6 tysięcy zabitych); na północy, na Białorusi, akcja Hermann, a nieco później operacje Fritz i Heinrich; na zachodzie, w lasach biłgorajskich na Chełmszczyźnie, akcja Wilkołak, a na południu 4 pułki policji i inne mniejsze jednostki policji walczą z partyzantami Kołpaka. Pomiędzy terenami tych operacji istnieje tylko jedna biała plama – prawdziwa oaza, nieobjęta pacyfikacjami – Wołyń, który pozostaje poza granicami tych akcji pacyfikacyjnych, w które zaangażowane są oddziały policji, pułki i bataliony SS, regularne pułki policji, Wehrmacht, Schutzmannschafty i inne jednostki zbrojne. Zamiast tego, w lipcu 1943 roku, napisano o Wołyniu, że „nadciąga jeden pułk policji”. Co do straszliwej masakry jednej części ludności dokonanej przez drugą, to jest to mało istotne. No cóż, chyba że po prostu nie było takiej „masakry” na wielką skalę, to zachowanie Niemców staje się logiczne.
Czy przedstawione powyżej informacje rozwiązują problem? Oczywiście, że nie. Jednak zbieżność poglądów nacjonalistów, komunistów, enkawudzistów i nazistów na temat skali działań antypolskich powinna przynajmniej skłaniać do refleksji, a nie do kolejnego wybuchu histerii.
P.S. Jeśli ktoś chce mnie w komentarzach nazwać modnym w Polsce określeniem „negatywista wołyński”, to od razu powiem, że absolutnie nie neguję, że doszło do bardzo tragicznych wydarzeń między Polakami a Ukraińcami w czasie II wojny światowej. Zaprzeczam jednak, że ofiarami byli wyłącznie Polacy, a sprawcami wyłącznie Ukraińcy. Zaprzeczam, że tragedie wydarzyły się tylko na polskich „Kresach” i tylko w 1943 roku. I wreszcie, jestem zdecydowanie przeciwny temu, aby o skali tragedii decydowały głosy ambasadorów przy polskim parlamencie, a nie badacze poprzez mozolną pracę w archiwach.
Myroslav Iwanek