Doniesienia z putinowskiej Polski
·
Znalazłem dla Was propagandowe złoto z Krainy Wiecznego Gruzu. Uwaga, bo trzeba będzie myć oczy.
Otóż niejaki Siergiej Sumlenny, analityk ds. Europy Wschodniej przedstawił na Twitterze niezwykle ciekawy wątek o tym jak rosyjskie książki od lat szykowały społeczeństwo do wojny. Poniżej luźne tłumaczenie, dużo screenów i parę słów komentarza.
Sumlenny wskazuje, że zaczęło się około roku 2010. Wtedy na ściśle kontrolowanym przez FSB rynku zaczęły pojawiać się pozycje normalizujące i usprawiedliwiające stalinizm. Np. "Bądź dumny, nie wstydź się! Prawda o czasach Stalina". Albo "Represje Stalina: Wielkie Kłamstwo". Albo "Beria: najlepszy XX-wieczny menedżer". Książek było tyle, że pojawiła się nawet społeczna inicjatywa, wzywającą do zaprzestania ich publikacji. Reżim to oczywiście olał.
Wkrótce rynek został dosłownie zalany książkami z patogatunku "battle fantastic". Tanie, gówniane, pisane przez idiotów dla idiotów, masowe. Mające zaszczepić w mało rozgarniętym odbiorcy przekonanie, że cały świat jest przeciw Rosji, ale dzielni sołdaci i tak dadzą radę. Np "Ukraina w ogniu", a na okładce rosyjski badass rozwala kolbą, a jakże, Ukraińca. Inna książka z serii "Bitwa Ukraina" to "Dzikie Pole: na ruinach Ukrainy", gdzie dzielny czołg z flagą Donbabwe rozjeżdża Mercedesa z dwoma azowcami. Nawet geometria grafiki się nie zgadza, ale jaki piękny patriotyczny przekaz, prawda? Albo "Ukraina we krwi: banderowski genocyd", gdzie autor już się nie patyczkuje i wprost daje nam mirotworca mierzącego w głowę rozwrzeszczanego i uzbrojonego w koktajl Mołotowa azowca, przy czym akcja ma miejsce nie gdzieś na stepach Donbasu, tylko po prostu na kijowskim Majdanie. Na innej okładce dzielny wojak pojmuje amerykańskiego pilota (zwracam uwagę na niezwykle zjawisko przemieszczenia się skrzydeł myśliwca na wysokość kabiny), a na innym dzielne rakiety robią ziuu ziuu i niszczą amerykańskiego AWACSa. Tytuł? "Ukraiński Front: czerwone gwiazdy nad Majdanem". Proste.
Zacytujmy opis jednej z pozycji: "Trzecia wojna światowa zaczyna się na kijowskim Majdanie! Wraz z pojawieniem się "misji pokojowej" NATO, zaczyna się banderowskie ludobójstwo Rosjan, likwidujące całe miasta. Połtawa już nie istnieje. Noworosja odpowiada, Rosja pomaga! Zajmujemy Kijów! To nasza ostateczna bitwa!"
Nie, nie dodałem wykrzykników.
Zejdźmy na niższy i bardziej karcerogenny poziom propagandy. Czyli do świata książek o historycznym rewanżyzmie i "propadieńcach". Co tu się to ja nawet nie.
Motyw przewodni tego subgatunku jest taki, że współczesny rosyjski patriota cofa się w czasie i trafia w skórę jakiejś ważnej postaci historycznej, dzięki czemu zmienia bieg wydarzeń, zapobiega "skradzeniu Rosji zwycięstwa" i zapewnia jej zasłużoną chwałę. Te bajki współgrają z potężnym poczuciem niższości Rosjan i przekonaniem, że historia okradła ich ze zwycięstwa. Sumlenny wspomina, że nawet w szkole mowiono mu, że Rosja nie sprzedała Amerykanom Alaski, tylko pożyczyła na 100 lat, po czym źli jankesi matuszkę oszukali i złoto-ropo-nośny półwysep zatrzymali. A to tylko jeden, niewinny w sumie, element. Sumlenny podsumowuje: naziści w 1920 mówili o jednej zdradzie roku 1914. Rosjan karmi sie dziesiątkami takich opowieści.
Wracając: propadieńcy, czyli owi podróżnicy w czasie, trafiają np. w skórę ostatniego cara Mikołaja II. Z jakiegoś powodu ma do dyspozycji nowoczesną broń, więc z jej pomocą zapobiega bolszewickiej rewolucji, pokonuje Wielką Brytanię i jeszcze zdobywa Stambuł. Na okładce car na czołgu wskazuje kierunek, a minę ma hurr durr zaciętą jak ruski wojak. W tle Hagia Sophia. Na innej Mikołaj, niczym Schwarzenegger w "Predatorze", z szeroko rozstawionymi nogami i spiętymi pośladkami grzeje z karabinu w wrogów Matuszki. I to w galowym mundurze, z całym szamerunkiem i kompletem złotych frędzli na ramionach. I gieroj nie zniża oczu do celownika, z biodra grzeje, patrząc na wrogów groźnym okiem znad wąsa. A obok, jak gdyby nigdy nic, z pepeszy pruje jego ojciec Aleksander III. Tytuł: "Powstań Rosjo! Desant z przyszłości". Nie mam pytań.
Albo znów z banderowcami. Dzieło "Porucznik z przyszłości, GRU przeciw banderowcom", przedstawia na okładce poddających się "nazistów" Jaceniuka i Turczynowa (ukraińscy pomajdanowi premierzy), których pilnuje dumnie wyprężony rosyjski złodupiec z twarzą Siergieja Szojgu. Serio. Gdybym nie widział grafiki, to bym nie uwierzył.
Niektóre tytuły nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Np. "Londyn musi zostać zniszczony! Rosyjskie lądowanie w Anglii". Na okładce abordaż brytyjskiego okrętu HMS Victory, w tle oczywiście panorama Londynu. Albo "Korporacja "Rosyjska Ameryka"", gdzie bohater cofa się do XVIII wieku, podbija amerykańskie kolonie, niszczy imperium brytyjskie, a nawet nie dopuszcza do ludobójstwa Indian, taki jest dobry.
Wszystko to co opisałem wyżej brzmi śmiesznie i strasznie, ale prawdziwa jazda jest oczywiście z Hitlerem.
Wyobrażacie sobie książkę: "Towarzysz Fuhrer"? No, to w Rosji taka jest. Hitler próbuje podbić Wielką Brytanię i zapobiec - uwaga - BRATOBÓJCZEJ wojnie Rzeszy z ZSRR. Aha, jest część druga: "Towarzysz Hitler. Zabić Churchilla". No więc Adolfowi się udaje, Wielka Brytania upada, a Reich i Sajuz budują atomowy sojusz przeciwko Ameryce. Jest też "Atak dla przyszłości", w którym nazistowskie Niemcy dołączają do Unii Eurazjatyckiej, jakaś Atlantycka Unia Demokratyczna (ciekawe o kogo może chodzić ) rozpoczyna trzecią wojnę światową, więc toczy się walka pomiędzy - odstawcie napoje - "rosyjsko-niemieckim braterstwem, a gwiaździsto-pasiastą plagą". Wojna toczy się oczywiście o globalną liberację. Okładka? Kwadratoszczęki wehrmachtowiec w braterskim uścisku ze współczesnym rosyjskim sołdatem, na tle płonącego Shermana i obowiązkowo panoramy Londynu w krwawej mgle (Sumlenny zauważa, że z jakiegoś powodu to Wielka Brytania jest w tej serii wrogiem numer jeden, nie USA, choć książka o zdobywaniu Waszyngtonu też oczywiście jest). Albo książka "Syn Rzeszy". Z opisu: "ZSRR musi ponownie odpierać zdradziecki atak Ententy (!). Armia Czerwona i Wehrmacht walczą razem przeciwko Nowemu Światowemu Porządkowi. Brytyjscy (znowu) piloci bombardują miasta i uchodźców".
W tym momencie powinniście zauważyć pewną niezdrową fascynację Hitlerem, która może być nieco niezrozumiała w kraju, który - jak Rosja - ma z Hitlerem dość konkretne i brutalne wspomnienia. Sumlenny wyjaśnia to tak: "jednym z największych nieporozumień Zachodu odnośnie Rosji jest wiara, że Rosja jest wroga niemieckiemu nazizmowi. Nie jest. Rosyjska trauma polega na tym, że Hitler złamał pakt ze Stalinem i zabijał Sowietów, zamiast zabijać innych razem z Sowietami." Wiadomo, że to pewne uproszczenie, ale pisałem już kilka razy, że nawet w Polsce znaczna część społeczeństwa ma problem z wyciągnięciem z historii II wojny, okupacji i Holokaustu jakiejś uniwersalnej lekcji i kręci się w kółko w narracji "to było złe, bo to ONI robili to NAM". Może jak dodać do tego dekady tępej propagandy, wielką postimperialną traumę, potężny kompleks niższości zmixowany z urażoną dumą - to otrzymamy właśnie grunt podatny na ckliwe bajki o braterstwie z Rzeszą przeciw "Atlantyckiej Unii Demokratycznej".
Sumlenny dodaje, że wprawdzie książki te nigdy nie osiągały zawrotnej sprzedaży, to robiły robotę ilością. Oraz przypomina, że to był program państwowy, który miał indoktrynować młodych ludzi ideą "nieuniknionej wojny z Zachodem". Takiej w jakiej walczył pradziadek za Mikołaja II, dziadek za Stalina i tatuszko za Andropowa. Od siebie zwrócę Wam uwagę, że od momentu, gdy jasnym stało się, iż "specjalna operacja" w Ukrainie nie skończy się w tydzień, kremlowska machina propagandowa przestawiła się z narracji "denazyfikujemy Ukrainę" na "musieliśmy uprzedzająco uderzyć w Zachód". I grzano to - i nadal się grzeje - cały czas, aż Sołowiowi schnie w ustach. Uprzedzająco. Bo wojna była nieunikniona. Z całym Zachodem.
Nie zapominajmy też, że gros rosyjskich mirotworców to chłopaki po 18-22 lata, którzy jak najbardziej zdążyli się załapać na te serie.
Oczywiście nie ma co popadać w przesadę i tłumaczyć wojny serią absurdalnie złych agitek dla mało zdolnej młodzieży. Natomiast należy pamiętać, że był to element kierowanej przez państwo propagandy prowojennej. Reżim na Kremlu świadomie próbował programować miliony Rosjan by wojny chcieli, by ją lubili, uważali za konieczną, usprawiedliwiali. A co za tym idzie: by z jej powodu przypadkiem nie obalili reżimu.
Póki co, ta propaganda działa.