Okazuje się, że za tematem odebrania orderu Orła Białego stoi polityk Konfederacji. To poseł Płaczek rozkręcił całą tę aferę, która spowodowała poważny zgrzyt na linii Ukraina-Polska, Polska-Ukraina. Dzięki jednemu politykowi Polska straci nie tylko milionowe kontrakty, ale też mozolnie budowane relacje, a w szczególności te historyczne, oraz twarz w świecie. Polska to kraj o wielu fobiach i wystarczy jedna osoba, jeden świr, czy jeden polityk by inni poszli za nim jakby tylko on miał baterie do latarki. Wracając do posła Placzka, być może noszenie takiego nazwiska sprawiło, że poseł musiał lub chciał swoją frustrację z dzieciństwa przelać na inny grunt, grunt międzynarodowej dyplomacji, domagając się rozliczeń za decyzję prezydenta Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA”. Akcja zyskała nawet błogosławieństwo Karola Nawrockiego, a internet zapłonął od patriotycznego uniesienia. Ale w tym całym politycznym amoku i tropieniu wschodnich zaszłości, poseł Płaczek spektakularnie przeoczył zupełnie inny, równie groźny front. Front północny. Podczas gdy Konfederacja z lupą w ręku analizuje dekrety Kijowa, w sercu Skandynawii rozgrywa się regularny sabotaż polskiej godności narodowej. Otóż "bezczelni" Szwedzi do dziś bezwstydnie upamiętniają niejakiego Karola X Gustawa. Tego samego, który w XVII wieku zafundował nam „Potop” o sile rażenia, przy której współczesne anomalie pogodowe to letni deszczyk. Człowiek ten ograbił Polskę ze wszystkiego, co nie było przykręcone do podłogi (a marmury i kolumny akurat były, więc je poodkręcał i wywiózł). I co na to Szwedzi? Zamiast zadośćuczynienia, w Malmö stoi jego wielki pomnik, w Helsingborgu dzieci chodzą do szkoły jego imienia, a po ulicach jeżdżą Volvo, luksusowo mijając tabliczki z napisem Karl X Gustavs gata. Gdzie jest interwencja poselska? Gdzie pismo do ambasady Szwecji? Dlaczego poseł Płaczek milczy, gdy co drugi szwedzki stół w IKEA i co trzecia klopsikowa restauracja bezkarnie czerpie zyski w cieniu monarchy, który spalił pół Rzeczypospolitej? Czy Konfederacja boi się potęgi szwedzkiego popu i zespołu ABBA? Sprawa robi się jeszcze bardziej osobista. Wyobraźmy sobie traumę każdego Polaka o imieniu Karol. Przecież noszenie imienia po facecie, który zniszczył Jasną Górę (a przynajmniej bardzo próbował), powinno być natychmiast skonsultowane z prawnikami z Konfederacji. Czy imię Karol zostanie wpisane na listę imion zakazanych obok innych postaci historycznych? Czas na sejmową uchwałę! (Karol Nawrocki na pewno zrozumie powagę sytuacji i niech już będzie on tym Tadeuszem Batyrem o ile mongołowie nie będą mieli nic przeciwko nazwisku). W tym samym czasie, gdy na Ukrainie Konfederacja pręży muskuły, a Szwecję dyskretnie ignoruje, z kierunku Moskwy dobiega głucha cisza. Rosja regularnie nazywa ulice i jednostki imionami ludzi, którzy Polaków zwalczali hurtowo, od carskich generałów po katów z NKWD. Ale tam poseł Płaczek listów z żądaniami nie pisze. Może brakuje mu rosyjskich znaczków pocztowych? A może po prostu Moskwa, w przeciwieństwie do Kijowa, nie ma u nas konta na TikToku, na którym można by nabić zasięgi za "oranie" tamtejszych polityków? Jeśli ktoś chce bezkarnie nazywać ulice czy jednostki imionami postaci, które Polakom zalazły za skórę, powinny spełnić warunki Konfederacji, a najlepiej przed każdą decyzją po prostu zapytać Polskę, czy dany pomysł przypadkiem nie uwiera Polaków w najczulsze punkty, nie niesie ze sobą traumy albo nie przywołuje dawnych cierpień. Przecież w świecie tych prawicowych polityków niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Weźmy taką Bundeswehrę, przecież końcówka brzmi niemal identycznie jak Abwehra! Strach pomyśleć, jakie koszmary lingwistyczne przeżywają polscy narodowcy podczas oglądania mapy pogody w Niemczech. Zresztą ta fobia ma znacznie głębsze korzenie. Przecież jeszcze zanim Zełenski podjął niefortunną dla relacji dwustronnych decyzję o nazwie jednostki, w przestrzeni Konfederacji trwała już zażarta walka z... ukraińskim trójzębem. Skoro ukraiński herb tak bardzo przeraża, to strach pomyśleć, co będzie dalej. Czy barwy flagi ukraińskiej też zaraz zaczną parzyć w oczy? Czy tradycyjne stroje ludowe zostaną uznane za niezgodne z podstawami programowymi prawicy, a tamtejsze zboże okaże się podejrzanie za wysokie i geopolitycznie niepoprawne? To, z czym mamy do czynienia, to czysta, podręcznikowa fobia jako styl uprawiania polityki, choć u każdego z tych pacjentów objawia się ona zupełnie inaczej. Aby zrozumieć, jak działa ten mechanizm, wystarczy przyjrzeć się z bliska zachowaniu tej specyficznej grupy, która w Sejmie i internecie urządza regularne seanse lękowe. Podczas gdy poseł Płaczek cierpi na ciężki, ostry przypadek ukrainofobii, to u Janusza Kowalskiego i Przemysława Czarnka diagnoza jest zupełnie inna, to zaawansowana, przewlekła tuskofobia, w której Donald Tusk wyskakuje im nawet z lodówki i odpowiada za gradobicie oraz koklusz. Z kolei Dariusz Matecki reprezentuje stan absolutny, totalną wszystkofobię, gdzie wrogiem jest każdy, kto nie udostępnił jego najnowszego posta na platformie X. Razem tworzą nieoficjalną koalicję, w której staje się jasne, że nie mamy już do czynienia z dyplomacją. To polityka czubów, którzy zamiast kaftanów ubierają garnitury sponsorowane przez naród, a szyte przez niewiadomo kogo. Polityka oparta na czystej, klinicznej obsesji, gdzie zamiast racji stanu, chłodnej kalkulacji i zabezpieczania miliardowych kontraktów dla kraju, liczy się wyłącznie podsycanie najgorszych lęków. Bo w świecie ogarniętych fobiami polityków najlepiej zarządza się strachem nawet jeśli ceną za to jest utrata twarzy na arenie międzynarodowej i uznania Polski za kraj urodzajny w fobie. Marek Wozniak