Dzisiejsza propaganda rosyjska jest w prostej linii (czego Kreml nawet nie stara się ukrywać, a wręcz jest z tego dumny) spadkobierczynią instrumentarium sowieckiego.
Cała z kolei socjotechnika ZSRR zorientowana była na oddziaływanie na jednostkę.
To ciekawy paradoks, bo przecież komunizm, będący naczelną ideologią Sowietów, miał być ideologią skierowaną do masy, służącą do wytworzenia społeczności zbiorowej, tego upragnionego, na poły mitycznego kolektywu.
Okazuje się jednak, że od samego początku do samego końca był skierowany – bo i skierowany być musiał! – do jednostki ludzkiej, mającej stać się tego kolektywu częścią.
Większość sowieckich plakatów propagandowych pokazuje właśnie albo jednostkę, albo jednostki: dumnego żołnierza Armii Czerwonej, robotnika i kołchoźnicę, stachanowca przy pracy, pojedynczego bolszewika walczącego z pojedynczym faszystą. To zawsze treść zindywidualizowana (jakkolwiek uogólniona, a przez to dostępna dla każdego), mająca trafić do pojedynczego odbiorcy i pozwolić JEDNEJ osobie utożsamić się z przekazem.
To w sumie bardzo logiczne, bo odbiorcą propagandy nigdy nie jest zbiorowość, a właśnie jednostka, która w swym zwielokrotnieniu może takową zbiorowość utworzyć.
Tak samo dzisiejsza propaganda rosyjska jest tak naprawdę przekazem zatomizowanym, albo, żeby użyć porównania bojowego, „kasetowym” – z jednego wystrzelonego pakietu wysypuje się ogromna ilość sub-amunicji przekazów taktycznych, rażących różnymi wersjami narracji poszczególne osoby.
Klasykiem tego jest stwierdzenie „wojnę w Ukrainie tak naprawdę rozpętał Zachód, dostarczający ugrupowaniom neo-nazistowskim uzbrojenie i promujący swoje interesy geopolityczne” – widać, jak większy przekaz rozpada się na pomniejsze elementy. Jeśli skoncentrować się na obalaniu tylko jednego z nich, to de facto przez milczący akcept uznaje się pozostałe; jeśli próbować przeciwdziałać wszystkim naraz, no to powodzenia życzę i wytrwałości.
Bardzo często takiemu przekazowi towarzyszy temu użycie jakiegoś większego środka rażenia na poziomie strategicznym, mającego zwielokrotnić i/lub uwiarygodnić bieżący przekaz dnia – na przykład dodanie do tego, że Zachód chce skolonizować Ukrainę, bo już teraz wysyła tam swoich szkoleniowców i buduje lokalną infrastrukturę wpływów politycznych, a niemieckie elity Unii Europejskiej często odwiedzają Kijów, żeby nadzorować postępy prac.
Wszystkie przytoczone fakty (szkoleniowcy z NATO, infrastruktura dla szkoleń, powiązania polityczne i wizyty oficjeli z UE) są prawdą, ale poprzez podlanie jej odpowiednim sosem narzuca się wykrzywione, nieprawdziwe wrażenie z ich interpretacji.
Porównać to można z atakiem na infrastrukturę energetyczną Kijowa i jednoczesnym przekazem w mediach, że „reżim ukraiński nie jest nawet w stanie obronić swoich obywateli” – każdy człowiek siedzący po ciemku w schronie bardzo boleśnie, emocjonalnie odbierze takie postawienie sprawy, zaś u niektórych może to doprowadzić nawet do syndromy przełamania, a więc gotowości na przyjęcie narzuconej narracji, byle tylko zmienić bieżącą, niekorzystną dla siebie sytuację.
I to jest kluczem do propagandy: oddziaływanie na jednostkę, która poprzez wzajemne interakcje z innymi, być może w podobny sposób przygotowanymi już i poddanymi obróbce umysłami, wytworzy swoistą „masę krytyczną”, która zacznie przekaz propagandowy nie tylko przechowywać i podtrzymywać, ale też aktywnie rozprzestrzeniać go dalej.
Poniżej zarzucam wam przykład fikcyjnej (ale opartej na wielu bolesnych doświadczeniach) takiej właśnie rozmowy z kimś, kto – świadomie bądź nie – jest nosicielem i roznosicielem tej rosyjskiej propagandy.
Początkowo nasza romowa idzie zupełnie niewinnie – kwiatki, kotki, Henry Cavill, pogoda nad morzem, zakupy, sklepy – i wtedy nagle się odpala
„Bo w sklepach to dziś pełno jest Ukraińców… Zamiast u siebie siedzieć i walczyć, to do nas przyjechali i tylko zakupy robią! Dlaczego nie chcą bronić swojego państwa?!”
Patrzysz na osobę rozmówczą i masz takie: typie, ale ja o to naprawdę nie pytałem… Ale ten się rozkręca dalej:
„Może dlatego, że Ukraina nie istnieje? Przecież to nawet nie jest państwo!”
Ty już w głowie masz takie: o, wjechała niemiecka propaganda z II Wojny Światowej przeciwko Polsce (vide: „wersalski bękart”), więc jest dobrze, zaraz otworzy się właz w głowie Adolfa i wyjrzy stamtąd Putin.
Nie mylisz się, bo po chwili pada klasyk: „Ukraina jako państwo powstała gdzieś w 199x roku”.
I tu masz wybór: albo rozmówcy, kolokwialnie rzecz ujmując, sprzedać plombę w dziąslo, albo brnąć w to dalej. Pokusa, nie powiem, jest silna – akurat malujesz armię Khorne’a, więc gdzieś z tyłu głowy dudni Ci riff wiodący do „World Eater” Bolt Throwera, a w głowę wwierca się natrętna myśl, że „violence is always the right answer”… Ale decydujesz się na opcję „play to lose” i wchodzisz w polemikę.
Na szczęście masz przy sobie Gołkosia, który poprowadzi Cię za rączkę.
„Ukraina jako państwo powstała gdzieś w 199x roku”
No nieprawda, bo pod koniec Pierwszej Wojny, dla uproszczenia można założyć, że równo z Polską – więc negując to dla Ukrainy, ktoś musiałby jednocześnie podważyć powstanie Polski w 1918 roku. Jeśli ma problem o wcześniejsze 123 lata, to znaczy, że chyba przespał lekcje historii; jeśli kwęka, że wcześniej Ukraina była „częścią Polski”, to należy go zapytać, jak nazywało się ówczesne państwo i czy aby na pewno Polska; wtedy zazwyczaj pada sakramentalne, że „to był taki skrót myślowy”. Wtedy polecam cofnięcie się w dyskusji o krok i zapytanie, czy może chodziło o to, że niepodległa Ukraina ogłosiła swoją konstytucję dopiero w 1996 roku? Większość niedouków zacznie gorączkowo przytakiwać, więc należy z ulgą pokiwać głową i mimochodem rzucić, że niepodległa Polska ogłosiła swoją w 1997.
„Ukraina sprzedaje broń, którą dostaje od Zachodu”
No nieprawda, bo po pierwsze: dopiero *ma*, a po drugieL sprzedawać *nadwyżki* z własnej produkcji, która nie będzie potrzebna na froncie. Tu się akurat nie ma co dziwić, bo tak działa normalna gospodarka, że rzeczy są produkowane i sprzedawane, więc podniecanie się tym jest co najmniej niepoważne. Na podobnej zasadzie można by się burzyć, że rolnik dostaje dopłaty pomocowe do hektara (z którego przecież potem sprzeda plony, hurr durr), albo że właściciel stacji beznynowej (żyjący z tego, że benzynę sprzedaje) ma czelność jeździć samochodem, który przecież tę benzynę tylko spala, nie dając mu żadnego bezpośredniego zysku. Poza tym, ten sam dron, któryego wyprodukowanie kosztuje Ukrainę (umownie) 100 jednostek walutowych, może zostać sprzedany na Zachodzie za 1000 (bo know-how i doświadczenie), a za to sobie Ukraina kupi dwa inne itemy po 500. Serio, to jest gadanie ludzi, którzy nigdy nie bawili się w craftowanie broni na Bannerlordzie.
„Dlaczego jest tak, że my walczącej z Rosją Ukrainie dajemy tyle pomocy, a jak my walczyliśmy w II Wojnie Światowej, to ona dała nam tylko UPA i SS-Galizien?!”
Uhm, ja nawet nie wiem, jak zacząć dekonstrukcję mema… W sensie, że co? Usiłujemy wyprowadzić WSTECZNY związek przyczynowo-skutkowy, udowadniając, że Ukraina jest, nie wiem, niewdzięczna za tę pomoc DZIŚ, bo coś się stało KIEDYŚ W PRZESZŁOŚCI? Come on. Natomiast to prowadzi nas do karty-pułapki, czyli…
„WoŁyŃ, wOłYń, WOOOOŁYYYYŃ, UPAdlina!”
Jakby… Pozwólcie, że oda razu dam wersję podsumowującą: nie widzę powodu, żeby na moje *obecne* odczucia i decyzje miały wpływać *przeszłe*zdarzenia, które nie dotknęły bezpośrednio ani mnie, ani nawet pokolenia moich rodziców. Czy to oznacza, nie wiem, „negację” i „zapomnienie” o czymkolwiek? Nie, w żadnym razie. To po prostu odcięcie się od emocji i doświaczeń, które nie są moje i nigdy moje nie były.
„No ale oni [Ukraińcy] zrobili to nam [Polakom]!”
Uogólnienie, więc od razu idziemy brzytwą Ockhama: komu „nam”, w sensie: nam wszystkim? Bo mi nie zrobili, więc warunek logiczny odnoszenia się do ogółu nie jest spełniony. Okej, można zgodzić się na wersję „niektórzy niektórym” albo „ktoś komuś”, proszę bardzo; natomiast nadal nie jest to podstawa do podejmowania decyzji *przeze mnie* i wpływania na *moje* emocje.
„Aha, czyli można już opowiadać dowcipy o Żydach i zaprzeczać Holokaustowi?!”
Moją pierwszą reakcją jest nieodmiennie „XDDDD ale wiesz, że to Ty dzwonisz”. Ale okej, podejdźmy racjonalnie do irracjonalnego: zaprzeczać faktom (w tym Holokaustowi) i opowiadać krzywdzące pseudo-żarciki zawsze można, nie ma na to paragrafu. Jest to natomiast mocno niesmaczne, bo każdy taki „żarcik” zawsze trąci antysemityzmem, zaś podpinanie się pod antysemityzm jest… No słabe jest, nieodmiennie słabe, bo tak się złożyło, że akurat właśnie ten antysemityzm wykorzystano do rozpętania Holokaustu i wym*rdowania około 10 milionów ludzi.
Zobaczcie, jak niezauważenie przeszliśmy od prawie-kulturalnej rozmowy o faktach (jakkolwiek niejasnych i rozmytych) do dyskursu, który w tej chwili zaczyna być emocjonalnym ping-pongiem.
To jest nieuniknione, powiedziałbym wręcz: odgórnie zaprogramowane w mechanizmach rosyjskiej (i każdej innej) propagandy.
Propaganda nie potrzebuje faktów, alb traktuje je wyłącznie jako pretekst: jej prawdziwym narzędziem są wywoływane w odbiorcy emocje, POD KTÓRE potem fakty się ręcznie dobiera i nożyie docina do potrzebnego kształtu.
Fakty dla propagandy nie mają wartości same w sobie: jeśli któryś nie pasuje, albo zostaje sprostowany (czytaj: już nie pasuje do układanki) to się go bez żalu odrzuca i na jego miejsce próbuje wcisnąć inny.
Nie da się więc takiej propagandzie kasetowej przeciwdziałać poprzez oddziaływanie en masse – nie przekonasz głupich ludzi, żeby nagle stali się mądrzy.
Propagandę trzeba rozbrajać mozolne, pojedynczo, kawałek po kawałku wyciągając poszczególne potykacze z każdej głowy osobno. Dowolna próba zastosowania szerszego środka rażenia, jakiegokolwiek uogólnienia od razu natyka się na kontrę anegdotyczną, jednostkową, wyciągniętą wprost z doświadczenia osobniczego rozmówcy.
Tak więc każda jednostka z osobna, niczym w przypadku epidemii, staje się nosicielem pełnego spektrum propagandy, posiadając zdolność zarażenia nią znacznej liczby osób ze swego otoczenia.
Z jednostek powstaje w ten sposób grupa; z szeregu grup – zamknięta społeczność; społeczność zaś, przy odpowiednim nasyceniu patogenami narracji i podaniu właściwej pożywki, potrafi zainfekować większość, albo i całość społeczeństwa.
W takim wypadku jednostka, nawet nie poddająca się przekazowi narracji propagandowej, stanie się albo bezsilna, albo też przytłoczona poglądami innych, aż w końcu większość takich „niedostosowanych” ulegnie zwykłemu konformizmowi normatywnemu, woląc nagiąć i dostosować swoje poglądy do dominującego w grupie nurtu, niż ryzykować ostracyzmem i wykluczeniem.
I tak to działa: ludzie powtarzają sobie te bzdury nawzajem, kiszą się bańkach informacyjnych, wzajemnie wbiając się coraz głębiej w przekonanie o własnej słuszności.
I tutaj wchodzisz Ty, cał* na biało.
Albo i nie wchodzisz, bo może Ci się nie chcieć z głupimi ludźmi użerać.
I mi też się nie chce, uwierzcie mi.
Ale się użeram.
Dlaczego?
Ano dlatego, że to już jest mój prywatny, moralny wybór.
I nie zamierzam nikogo przekonywać do robienia tego samego. Nie będę oceniał tych, którym się nie chce: bo to Wasz wybór, a nie mój. Nie będę na wzór alt-prawicy mówić Wam, jak macie żyć, ile macie mieć dzieci i co myśleć.
Nawet geopolityka nie ma tu nic do rzeczy: tu nie chodzi o Ukrainę ani Rosję, a o zwykłą, ludzką przyzwoitość, kiedy widzicie, że silniejszy zaatakował słabszego, a teraz stara się wam wbić do głowy, że tylko się bronił, a ten zaatakowany to jest sobie sam winien, a poza tym jego dziadek twojemu dziadkowi stłukł szybę.
Ja w każdej podobnej rozmowie stawiam sobie za cel wytłumaczenie, wyjaśnienie czegoś tej jednej osobie. Doedukowanie tej jednej, pojedynczej, pozornie nic nie znaczącej jednostki.
Bo na tym tak jakby polega właśnie humanizm: na braku uogólnień.
Nie ma „ludzi” jako zbiorowości, są tylko pojedyncze osoby.
I o te osoby właśnie toczymy naszą codzienną walki
https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=pfbid02fs...