Pod tą audycją ukazało się kilka tysięcy komentarzy. Oto ich analiza /// Materiał obejmuje dokładnie sto komentarzy głównych zamieszczonych pod wywiadem „Rzeczpospolitej”. Ich orientacyjna klasyfikacja pokazuje, że około 35–40 proc. wpisów zawiera uogólnioną wrogość wobec Ukrainy, 25–30 proc. służy osobistemu zaatakowaniu lub delegitymizacji rozmówcy, 20–25 proc. odwołuje się do Wołynia, UPA, Bandery albo Konowalca, a podobny odsetek rozwija narrację o ukraińskiej niewdzięczności wobec Polski. W około 15–20 proc. komentarzy pojawia się przekonanie o całkowitej zależności Ukrainy od Polski oraz o możliwości łatwego ukarania jej przez zamknięcie granicy lub wstrzymanie pomocy. Około 10–15 proc. wpisów zawiera elementy myślenia spiskowego: pytania, „kto płaci”, oskarżenia o reprezentowanie lobby ukraińskiego, Sorosa, „V kolumny” albo zdradzieckiego rządu. W przybliżeniu 7–9 proc. komentarzy koncentruje się na zwalczaniu formy „w Ukrainie”. Krytykę mającą przynajmniej częściowo charakter merytoryczny można odnaleźć w około 10–15 proc. wypowiedzi. Około 20 proc. komentarzy pozytywnie ocenia rozmowę i kompetencje rozmówcy, natomiast mniej niż 10 proc. ma charakter neutralny, pytający albo niedający się jednoznacznie przypisać do któregoś z obozów. Kategorie te częściowo się nakładają — jeden komentarz może być jednocześnie antyukraiński, personalnie agresywny i spiskowy.
Najbardziej charakterystyczną cechą tego materiału nie jest sama krytyka Ukrainy, lecz próba wyrzucenia rozmówcy poza polską wspólnotę. Sformułowania „pędź do swoich”, „powinien zmienić obywatelstwo”, „polskojęzyczny ukrainofil”, „banderowska V kolumna”, „wróg naszej ojczyzny” czy „ukraiński lobbysta” nie są argumentami przeciwko konkretnym tezom. Stanowią symboliczną procedurę odebrania prawa do uczestnictwa w debacie.
Jest to klasyczny mechanizm polaryzacji afektywnej. Argument ocenia się przez tożsamość osoby, która go wypowiada. Najpierw ustala się, do którego obozu należy mówiący, a następnie na tej podstawie rozstrzyga, czy jego słowa mogą być prawdziwe. Kompetencja wynikająca z mieszkania, pracy i prowadzenia zajęć we Lwowie nie jest wówczas traktowana jako źródło wiedzy. Zostaje odwrócona przeciwko rozmówcy i przedstawiona jako dowód uwikłania. Im lepiej ktoś zna Ukrainę i im bardziej jego obraz różni się od obrazu rozpowszechnionego w tej grupie, tym łatwiej uznać go za członka ukraińskiego lobby.
Wołyń nie funkcjonuje w tych komentarzach wyłącznie jako wydarzenie historyczne. Stał się „wartością świętą”, a więc taką, której nie wolno porównywać, relatywizować ani osadzać w szerszym kontekście. Próba rozróżnienia między UPA jako konkretną organizacją historyczną, jej miejscem we współczesnej pamięci Ukraińców, kultem Bandery oraz polityką dzisiejszego państwa ukraińskiego jest odbierana jako pomniejszanie zbrodni. Aby zostać uznanym za moralnie prawomocnego uczestnika dyskusji, należy wypowiedzieć określony zestaw formuł potępienia. Każde odejście od tego rytuału, nawet wynikające z potrzeby dokładniejszego opisu historii, wywołuje podejrzenie zdrady. Pamięć przestaje służyć poznaniu przeszłości, a zaczyna służyć dyscyplinowaniu współczesnej debaty.
Nie wszystkie komentarze odwołujące się do historii są j pozbawione treści. Kilka rozbudowanych wypowiedzi zawiera konkretne zarzuty dotyczące Konowalca, Petlury, UPA, itd Nawet jeżeli pojawiają się w nich błędy, uproszczenia i tendencyjny dobór faktów, zasadniczo różnią się one od wypowiedzi typu „psychol”, „kłamca” czy „pędź do swoich”. Charakterystyczne jest jednak to, że nawet rozbudowana polemika potrafi przejść w analizowanie wyglądu rozmówcy. Argumentacja zostaje więc uzupełniona próbą psychologicznego napiętnowania osoby.
Drugim centralnym mechanizmem jest syndrom „zdradzonego dobroczyńcy”. Jego podstawową formułę można streścić następująco: Polacy uratowali Ukrainę, natomiast Ukraińcy odpowiedzieli niewdzięcznością.
Znamienne jest występowanie dwóch pozornie sprzecznych obrazów Ukrainy. Z jednej strony ma ona być państwem słabym, sztucznym, pozbawionym elit i całkowicie zależnym od Polski. Z drugiej — przedstawiana jest jako kraj groźny, ekspansywny, faszystowski, roszczący sobie prawa do polskich ziem i podporządkowujący sobie polski rząd oraz media. W rzeczywistości te dwa wyobrażenia się uzupełniają. Pogarda pozwala podtrzymać poczucie wyższości, natomiast obraz potężnego zagrożenia usprawiedliwia wrogość i agresję. To mechanizm typowy dla dyskursów nacjonalistycznych: obcy jest jednocześnie niższy i niebezpiecznie silny.
Istotną rolę odgrywa policyjność językowa. Natarczywe poprawianie formy „w Ukrainie” na „na Ukrainie” nie jest już zwykłym sporem o polski uzus. Przyimek został obciążony znaczeniem politycznym.
Widoczny jest również silny komponent spiskowy. Pytania „kto mu płaci?”, oskarżenia o ukraińskie lobby, Sorosa, „V kolumnę”, amerykańską propagandę czy sterowanie „Rzeczpospolitą” chronią komentujących przed dysonansem poznawczym. Jeżeli osoba znająca Ukrainę przedstawia obraz mniej katastroficzny, można dopuścić, że posiada wiedzę niedostępną komentującemu, albo uznać ją za opłaconego agenta.
W najbardziej agresywnych komentarzach pojawia się dehumanizacja. Słowa takie jak „deratyzacja”, „bydlaki”, „element”, „won” czy sugestia dotycząca „nieznanych sprawców” przekraczają granice ostrej polemiki.
Około jednej piątej komentarzy reprezentuje przeciwny biegun. Ich autorzy chwalą kompetencję, znajomość Ukrainy, wyważenie i próbę budowania porozumienia opartego na faktach. Znaczna część tych wpisów pochodzi prawdopodobnie od Ukraińców lub osób jednoznacznie proukraińskich. Również ta grupa nie jest jednak jednolita. Niektórzy zwolennicy rozmowy posługują się odwróconą wersją tego samego języka polaryzacji, określając krytyków jako „bydlaków”, ludzi działających „za rubelki” albo dowód, że „przytomnych Polaków” jest niewielu. Powstają w ten sposób dwa obozy, które wzajemnie potwierdzają swoje przekonanie o moralnej i intelektualnej niższości przeciwnika.
Cały zbiór pokazuje, że pod wywiadem toczy się nie tyle dyskusja o jego konkretnych tezach, ile rytuał obrony zagrożonej tożsamości narodowej. Wywiad uruchomił równocześnie pamięć Wołynia, poczucie niedocenienia polskiej pomocy, lęk przed obecnością Ukraińców w Polsce, niepewność dotyczącą pozycji Polski wobec Ukrainy oraz przekonanie, że elity polityczne i medialne nie reprezentują „zwykłych Polaków”. Argumenty rozmówcy zostały dlatego odczytane jako naruszenie moralnej hierarchii, w której Polska jest jednocześnie ofiarą i dobroczyńcą, Ukraina zaś sprawcą, dłużnikiem i petentem. Odmowa przyjęcia tej hierarchii zostaje potraktowana nie jako odmienna analiza, lecz jako zdrada.
Najbardziej znaczące jest więc nie samo natężenie antyukraińskości.
Nie można na podstawie samego języka tych komentarzy rozstrzygnąć, jaka część pochodzi od botów, trolli lub kont uczestniczących w zorganizowanej akcji. Widać powtarzalność haseł, podobieństwo konstrukcji i wyjątkową koncentrację określonego przekazu, ale mogą one wynikać również z samoselekcji odbiorców, wzajemnego naśladowania, mobilizacji konkretnego środowiska oraz działania algorytmu premiującego treści wywołujące silne emocje. Niezależnie od genezy wpisów tworzą one jednak środowisko, w którym agresja zaczyna uchodzić za dowód patriotyzmu, a próba zrozumienia sąsiada — za dowód nielojalności.
Post edytowany