JAN RADOMSKI
publicysta i działacz pozarządowy
Przestrzeń w Polsce jest wyjątkowo opresyjna, wytworzona przez narrację potężnych instytucji i dominujących idei. Żeby się o tym przekonać, wystarczy spacer po Krakowskim Przedmieściu
NIEDEMOKRATYCZNA WŁADZA WOLI CZYSTOŚĆ I PORZĄDEK OD ŻYCIA CZŁOWIEKA
Prawicę oburza każdy gest naruszający jej wyobrażenie o tym, jak powinien wyglądać świat wokół. Właśnie dlatego politycy tak znęcającą się nad tymi, którzy naruszają przestrzeń faktem, że stają na przykład po stronie ofiar homofobii. Taka obsesja czystości i porządku jest dowodem na to, jak głęboko niedemokratyczna jest obecna władza
Dwa tygodnie temu minister edukacji narodowej Dariusz Piontkowski nazwał „idiotami” i „barbarzyńcami” osoby, które na elewacji budynku MEN napisały imiona młodych gejów i lesbijek, którzy popełnili samobójstwo. Obraz ministra, który bardziej od życia dzieci ceni czystą ścianę, jest jednym z najbardziej haniebnych epizodów trwających rządów. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej Piontkowski przez kilka minut pastwił się nad autorami bądź autorkami napisów. „Mam nadzieję, że policja jak najszybciej złapie tych wandali, a sąd ich przykładnie ukarze, tak aby kolejni barbarzyńcy nie niszczyli polskich budynków” – powiedział wzburzony, dodając, że usunięcie napisów będzie kosztowało co najmniej kilka tysięcy złotych.
W ciągu dwóch tygodni, które minęły od tej konferencji, policja zatrzymała pierwszą podejrzaną osobę, a na stanowisku ministra edukacji narodowej jednego homofoba zastąpił jeszcze większy homofob. Jednak słowa ministra Piontkowskiego warto wpisać w szerszy kontekst tego, jak władza traktuje ingerencję w przestrzeń. Przestańmy się oszukiwać i wypatrywać końca demokracji dopiero wtedy, gdy odebrana zostanie nam wolność głosowania. Na całym świecie urny wyborcze często służą wyłącznie do podtrzymywania złudzeń o demokratyczności rządów. O jakości demokracji znacznie lepiej świadczy właśnie stosunek władzy do przestrzeni.
rzestrzeń w Polsce jest wyjątkowo opresyjna, wytworzona przez narrację potężnych instytucji i dominujących idei. Żeby się o tym przekonać, wystarczy spacer po Krakowskim Przedmieściu. Najważniejsza ulica w Warszawie, wypełniona po brzegi majestatycznymi symbolami, co krok przypomina, że wielkimi ludźmi są mężczyźni, heteroseksualiści, katolicy – i oczywiście Polacy: Poniatowski, Prus, Kopernik. Że Jezus umarł na krzyżu za wszystkich ludzi, ale jednak nie wszyscy ludzie mają takie same prawa. Że prezydent Polski z okien pałacu decyduje, kto jest lepszą obywatelką, a kto gorszym obywatelem. Dla wielu osób spacer po stolicy może być przygnębiającym doświadczeniem.
Demokraci i demokratki powinni być wyczuleni na to, że przestrzeń wyklucza i jest źródłem przemocy. Dlatego tak niezrozumiałe były głosy osób, które z jednej strony zapatrzone są we współczesny, zachodnioeuropejski model demokracji, a z drugiej – oburzają się nawet na wywieszanie tęczowych flag w przestrzeni publicznej. Jeżeli naprawdę zależy nam na demokracji, powinniśmy bezwzględnie wspierać wszelkie gesty, które sprawiają, że przestrzeń staje się choć trochę mniej homogeniczna, a tym samym – bardziej demokratyczna.
Przestrzeń zawsze organizują ci, którzy mają władzę. Dawniej niedopuszczalne było, żeby druga strona miała cokolwiek do powiedzenia. Z czasem w tej przestrzeni coraz częściej pojawiały się komunikaty pochodzące nie tylko od rządzących, ale także od tych, którymi rządzono. W czasach feudalizmu do pomników komentarze polityczne przyczepiali ci, którzy nie mieli prawa głosu; z nowszej historii znamy znak Polski Walczącej, który stał się jednym z najważniejszych symboli oporu wobec niemieckiej okupacji.
GEJEREL Mniejszości seksualne w PRL-u. wyd. 2 Krzysztof Tomasik
KRZYSZTOF TOMASIK
Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u. wyd. 2
44,90
Im bardziej demokratyczne były nastroje społeczeństwa, tym częściej w przestrzeni pojawiały się komunikaty niezależne od władzy. W latach 60. napisy na murach wyrażały bunt młodzieży przeciw wartościom wyznawanym przez ich rodziców i dziadków. Moc tego, co wówczas działo się w Paryżu, najlepiej wyrażają słynne hasła, takie jak „pod brukiem leży plaża” czy „zakazuje się zakazywać”. Mniej więcej w tym samym czasie i w taki sam sposób ingerowali w przestrzeń publiczną czarni Amerykanie i Amerykanki, walcząc o swoje prawa.
Każdy taki gest jest komunikatem, z którym trzeba się zmierzyć, niezależnie od tego, jak oceniamy jego zasadność czy wartość artystyczną. To ma naprawdę drugorzędne znacznie – pierwszym krokiem jest świadomość, że nie mamy do czynienia z bazgrołem ani z aktem bezmyślnego niszczenia, ale z czyimś poglądem. Wpisywanie tego wyłącznie w uprzedmiotawiającą i lekceważącą kategorię przestępstwa jest doskonałym przykładem tego, jak zachowuje się niedemokratyczna władza, która chce mieć wyłączność na decydowanie o tym, jak przestrzeń ma wyglądać. Sięganie po słowa takie jak „idioci”, „barbarzyńcy” czy „wandale” jest odwoływaniem się do języka autorytaryzmów. Takimi słowami określano autorów i autorki sztuki ulicznej w PRL. Po zachodniej stronie Muru Berlińskiego w latach 80. powstawały kilkusetmetrowe murale, a w tym samym czasie mieszkańcy i mieszkanki Niemieckiej Republiki Demokratycznej bali się zbliżyć do niego nawet na kilka metrów.
Sztuka uliczna ma boleć tych, do których (w przenośni lub dosłownie) te ulice należą. Jej zadaniem jest prowokowanie, wsadzanie kija w mrowisko, wyrażanie tego, co nie zostało wcześniej wyrażone. W dialogu z przestrzenią jej twórcy i tak znajdują się na gorszej pozycji, ponieważ muszą przebić się przez dominującą strukturę własności – trafić do tych, którzy posiadają ulice i budynki. Komunikaty mają być radykalne i wywrotowe, taka jest ich istota. Nie mają czasu, żeby dojrzewać w muzeach czy albumach, muszą wybrzmiewać tu i teraz, jak najgłośniej i najdobitniej. Rządzący i tak mogą w mgnieniu oka przykryć niewygodny napis kolejną warstwą białej farby.