Tak naprawdę pieniądze podatnika służą dofinansowaniu klinik sztucznego rozrodu, bo to one zarabiają na produkcji dzieci z probówki – niezależnie od tego, czy procedura zakończy się urodzeniem dziecka czy też nie.
Procedura in vitro nieuchronnie wiąże się z wielokrotnymi aborcjami. Taka jest niewygodna prawda, której kliniki zarabiające na in vitro nie chcą eksponować. Przykład USA: kliniki sztucznego rozrodu mogą przestać działać w stanach, które zakazały zabijania dzieci.
W dodatku in vitro wcale nie leczy niepłodności, a jedynie omija problem. Po zabiegu para nadal jest niepłodna. Proces zapładniania jest przeprowadzany poza normalną drogą, co wiąże się z wieloma ryzykami zarówno dla kobiety jak i dzieci.
Metoda ta ma bardzo niską realną skuteczność. To, że jest tak popularna to zasługa dobrego PR-u i reklamy, ponieważ jest źródłem dużych dochodów dla klinik.
Kolejnym „przeciw” in vitro jest fakt, że metoda ta sprowadza dziecko do towaru, który można „kupić” i „sprzedać”. Potwierdzają to przykłady aborcji dzieci, które „nie spodobały się” rodzicom. (np.
https://www.zycierodzina.pl/pomylili-sie-przy-in-vitro-wie... )