Mieszkałam na wsi i naoglądałam się i nasłuchałam trochę (na przykład kwików zabijanych świń), przez co mam trochę inne spojrzenie niż przeciętny człek. Także po obejrzeniu "Mieszkańców ziemi" spadła moja motywacja do jedzenia mięsa. Generalnie uważam, że skoro mogę się smacznie najeść i zdrowo bez konsumowania zwierząt, to dlaczego mam tego nie robić? Bo wszyscy jedzą mięso i to jest "normalne", z przyzwyczajeń i tradycji? Mięso jest smaczne, lubię je - ale lubię też warzywa, kasze, makarony, sałatki, risotta, naleśniki, ratatuje, etc. Nie lubię z kolei świadomości jak traktowane są zwierzęta i jak przetwarza się mięso, jak wygląda ten przemysł... i mam problem, z dalszym usuwaniem tej świadomości... to może być awersja przed hipokryzją (chcę być przecież dobra dla żyjących stworzeń, nie mieć nic wspólnego z przemocą) a może po prostu wrażliwość. W odróżnieniu od swojego psa czy kota (mięsożercy) mogę wybierać (człowiek - wszystkożerca), ale nie jestem ortodoksyjna... Jak trafię nagle na obiad do kogoś nieuprzedzonego o moim wegetarianizmie to zjem co mi podadzą z grzeczności. Nie lubię robić wokół siebie zamieszania, kłopotu komuś, choć staram się jednocześnie przyznawać do swoich gustów kulinarnych i przypomnieć, że można inaczej... patrzcie, nie jem mięsa - żyję, mam siłę chodzić i nie jestem blada jak ściana! Jem mięso ale tylko od święta, a najchętniej wcale. Bliski krąg znajomych, tak, ale brakuje mi czegokolwiek na mieście, co by przypominało, że są wegetarianie, że można. Lubię happeningi... byle sprzedawca foremek do cista może robić pokazy na rynku, to czemu nie spróbować?