Andrzej Gerlach
Miałem dzisiaj zebranie rodziców, w wersji internetowej, w szkole mojego starszego syna. Klasa przedmaturalna, a więc uczniowie w wieku 17 - 18 lat, a tematem dominującym poza sprawami bieżącymi, była kwestia lekcji religii, a właściwie tego, że w ciągu ostatnich dni, aż 20% klasy zdecydowała się zaprzestać uczęszczać więcej na lekcje religii.
Katechizacja w ramach polskiego systemu oświatowego, to coraz bardziej palący problem społeczny w naszym kraju. A właśnie w tym roku mija trzydziestolecie wprowadzenia lekcji religii do polskiej szkoły. Czy zatem nie warto, aby polski Kościół przeprowadził rzetelną debatę na temat tego jakie konsekwencje to za sobą pociągnęło?
W czasach PRL lekcje religii odbywały się poza lekcjami w szkole, w salkach katechetycznych przy poszczególnych parafiach. Uczniowie uczęszczali na nie na zasadach całkowitej dobrowolności. Uczyli wówczas w tych punktach katechetycznych księża i zakonnice pracujący przy danej parafii, ich merytoryczne wykształcenie nie dorównywało obecnym katechetom, a mimo to nikt wówczas tak nie krytykował lekcji religii tak mocno jak to ma miejsce obecnie.
W ciągu tych ostatnich trzydziestu lat Kościół "rzucił" do szkół wszelkich szczebli niemal całe swoje kadry, wykształcił w swoich uczelniach tysiące świeckich nauczycieli religii, często bardzo blisko związanych z Kościołem, a mimo to lekcje religii są nadal coraz bardziej krytykowane przez młodych Polaków.
Do szkół przymusowo trafili niemal wszyscy księża, także ci, których Dobry Bóg pozbawił zupełnie talentu pedagogicznego. Wynika to wprost z zapisów naszego konkordatu. Władze poszczególnych diecezji czy zakonów zmuszają niemal każdego duchownego czy zakonnicę, aby uczyli w szkole czy przedszkolu samorządowym, choćby na pół etatu, bo wówczas na tych organach spoczywa obowiązek opłacenia każdemu katechecie obowiązkowego ubezpieczenia społecznego w ramach Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. A jeżeli ktoś nie czuje się dobrze w sali katechetycznej, dramat gotowy...
Wiele razy słyszałem opowieści takich "przymusowych" katechetów o tym jak się czują okropnie podczas zajęć w szkole. "Gdyby jeszcze nie było tych bachorów", "Uwielbiam pisać na tablicy, bo nie muszę wówczas na nich patrzeć", to dramatyczne, ale szczere wyznania tych, którzy nigdy nie powinni zostawać skazani na bycie katechetami. A tak dramat gotowy...
Odrębnym problemem jest zupełnie oderwany od życia program nauczania religii w naszym kraju. Nie wiem kto pisał podstawę programową z tego przedmiotu, ale "piekło go nie minie".
Uczenie na lekcjach religii "wyklepywanych" modlitw, a nie uczenie prostej i szczerej rozmowy z Bogiem, skrupulatne rozliczanie uczniów ze znajomości Katechizmu Kościoła Katolickiego, a równocześnie pomijanie jakiejkolwiek formy dyskusji z uczniami na temat ich częstych dylematów etycznych i moralnych, rozliczanie z obecności na niedzielnych nabożeństwach w kościele, Gorzkich Żalach, rekolekcjach czy pielgrzymkach, nabożeństwach majowych, czy częstotliwości odmawianego różańca czy przystępowania do sakramentu pokuty, to niemal kopia tego co młodzi klerycy i nowicjuszki w zakonach przechodzą w pierwszych latach swojej formacji seminaryjnej czy zakonnej. Ale katecheza w szkole to nie nowicjat i kolejny dramat gotowy...
Odrębnym problemem jest rekrutacja katechetów świeckich. Te często kobiety, rzadziej mężczyźni, to ludzie stanowiący odrębny problem w całym tym systemie. Nie wiem skąd ci ludzie się biorą, ale wielu z nich to zaburzeni, zdewociali i niedostosowani do życia ludzie. Postrzegają otaczający nas świat w taki sposób, że powinno się przed nimi chronić bliźnich, a powierzanie im małych dzieci, to kolejny scenariusz na dramat...
Ale tylko tacy katecheci świeccy, często krewni księży czy zaburzeni, ale zdyscyplinowani działacze różnych organizacji czy przykościelnych kółek parafialnych, dostają od danego biskupa tak zwaną misję kanoniczną, która stanowi delegację do nauczania w danej szkole. Dyrektor każdej placówki oświatowej może dowolnie dobierać sobie całą kadrę pedagogiczną w swojej szkole. Katechetę dostaje z misją kanoniczną z dobrodziejstwem inwentarza. Zatrudnienie fachowca z pasją, nawet z doktoratem z metodyki nauczania religii, ale bez misji kanonicznej nie wchodzi w grę. I to jest kolejna odsłona tego naszego katechetycznego dramatu...
Młodzież się burzy i buntuje. Masowo porzuca lekcje religii. Ma to głównie miejsce w szkołach średnich, w większych oraz dużych miastach naszego kraju. Ale nasi biskupi, idąc w ślady abp Wiktora Skworca (rocznik 1948), dawniej biskupa tarnowskiego, a obecnie metropolity katowickiego, wpadli na szatański pomysł. Wysyłają na studia podyplomowe swoich świeckich katechetów, na studia z zakresu etyki. Studia te odbywają oni jedynie w wybranych uczelniach katolickich, więc wiadomo jak to wygląda w praktyce. W diecezji tarnowskiej takie studia ukończyło w ostatnich latach podobno sześćdziesięciu świeckich katechetów, a studiują kolejni. I wówczas stawiają dyrektorów szkół pod ścianą. Bo jak uczeń nie chce więcej uczęszczać na lekcje religii, to jest zmuszany brać udział w zajęciach z etyki. Tylko, że z tym samym, często nawiedzonym i bardziej papieskim niż sam papież katechetą. A tej szatańskiej polityce przyklaskują obecne kuratoria z prawicowymi kuratorami na czele. O wizytatorach religii w sutannach i ich rekrutacji nie piszę, aby nie dołować do końca czytelników. I to jest kolejna odsłona tego dramatu...
Czy zatem istnieje jakiś sposób na uleczenie tej patologicznej sytuacji? Tak. Piszą o tym szczerze wspaniali katecheci, ludzie z pasją i charyzmą zawodową, mówią o tym w internecie księża rewolucjoniści, ale dopóki o problemie katechizacji i programie nauczania decydują obecni decydenci Kościoła, dramat będzie się rozwijał. Czym się on skończy? Tym czym skończyć się ten dramat musi, że w zupełnie pustych salach lekcyjnych nawiedzeni katecheci będą siedzieli sami, aż pogaszą w nich światła. Ale już dzisiaj wiem, że ci którzy obecnie za katechizację odpowiadają w naszym kraju, okrzykną wówczas winnymi lewicowe media, obojętnych religijnie rodziców, zdeprawowanych młodych ludzi i oczywiście szerzące się w naszym kraju powszechne lewactwo, LGBT, masonów, cyklistów i Żydów.
Prawdziwi winni wskoczą zaś na nasze polskie ołtarze i przybiorą szaty męczenników, ale nawet za to wystawią wówczas rachunki naszym samorządom i oczywiście przypomną im o obowiązku opłacenia wszystkich należnych składek na ZUS...
Post edytowany
2 razy