stop chamowi z Pcimia
Marta Lempart, Superbohaterka WO: Nie odpalam świecy dymnej do śniadania
WYWIADAnna J. Dudek
24.05.2021
Marta Lempart
Marta Lempart (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)
Marta Lempart, która decyzją kapituły została uznana za Superbohaterkę 2020: Naprawdę nie wchodzę codziennie na busa na Żoliborzu. Nie jestem wkurwiona cały czas. Nie przez cały czas mówię i myślę o prawach kobiet i o Polsce.
Galę Superbohaterki obejrzysz TUTAJ
Anna J. Dudek: Jak się czujesz?
Marta Lempart: Dobrze. Nie mogę inaczej, jeszcze jestem w biurze.
To dzisiaj. A w perspektywie ostatnich kilku miesięcy? Od 22 października 2020, powiedzmy?
Jestem umęczona. Nigdy w życiu nie byłam tak zmęczona.
Widziałam to zmęczenie na sesji towarzyszącej rozmowie. Widziałam, że chodzenie sprawiało ci trudność. I że ciągle dzwonił telefon. I że miałaś opuszczone ramiona. Ale jak tylko ekipa zaczęła pracować, ty zaczęłaś robić swoją robotę. To bycie Martą i bycie Martą Lempart z OSK jednocześnie, personą, osobą publiczną, tak męczy?
Miałam też atak paniki, jak – niczemu winna – pani przy okazji sesji znienacka „ubrała" mnie w nagrywanie mądrych myśli, co wymagało ode mnie gigantycznego refleksu i maksymalnego skupienia. Musiałam dzwonić do mamy, żeby podpowiedziała mi, co mam mówić, bez tej pomocy w ogóle nie dałabym rady nie tylko cokolwiek powiedzieć, ale w ogóle się uspokoić. Taki jest los osób wybiórczo i czasowo wysoko funkcjonujących. Wiem, że baliście się, że w ogóle na sesję nie dotrę, i widziałam tę ulgę, że jednak dotarłam. Ale niezależnie od tego, jak to męczy, ja nie mam wyboru.
Nie mogę wymagać od świata, żeby się zatrzymał i poczekał na mnie, żeby zrozumiał, że superbohaterki nie istnieją.
Mogę natomiast zrobić to, co w takiej sytuacji należy – korzystać z pomocy. Nazywamy to „chodzeniem do pani". I właśnie z „panią" rozmawiamy także o tym, że superbohaterki nie istnieją.
Mówisz to po tym, jak zostałaś wybrana na Superbohaterkę „Wysokich Obcasów".
Marta Lempart
CZYTAJ TAKŻE:
Marta Lempart: Sprawiam wrażenie silnej. Ale czy silnych należy przewracać i skakać po nich, by sprawdzić, czy przeżyją?
My wszyscy i wszystkie jesteśmy mniej lub bardziej zwyczajni. Zwyczajne osoby, które robią rzeczy. Robią to, co trzeba zrobić. Obrazy medialne to w najlepszym razie wycinki rzeczywistości. W gorszym – coś, co z rzeczywistością ma niewiele wspólnego. W najgorszym – nic. Naprawdę nie wchodzę codziennie na busa na Żoliborzu. Nie odpalam świecy dymnej do śniadania. Nie jestem wkurwiona cały czas. Nie przez cały czas mówię i myślę o prawach kobiet i o Polsce. Ludzie czytają o mnie albo wywiady ze mną i myślą, że mnie znają, wiedzą, kim jestem i jaka jestem. Większość stwierdza to bardzo kategorycznie: „No tak, wiadomo…".
Hejt?
Nieprawdziwe rzeczy, bzdury, które są wodą na młyn dla hejtu. Z każdej strony.
Jak się przed tym chronisz?
Nijak. Nie da się z tym nic zrobić. Mogłabym pisać w komentarzach, że to wcale nie tak: wcale taka nie jestem, wcale tego nie zrobiłam, nie powiedziałam tego. Ale musiałabym robić tylko to.
Czyli pogodziłaś się z tym, że ten twój obraz, który funkcjonuje, jest w dużej mierze nieprawdziwy?
Tak. Nie mam wyjścia. Nie mam czasu ani siły na udowadnianie, że nie jestem wielbłądem. Ale chyba to dogina mnie znacznie mniej niż to, że przestałam być osobą.
Jestem publiczną własnością. A to oznacza brak prawa do bycia offline. Brak prawa do bycia gdzie indziej. Brak prawa do zajmowania się czymkolwiek innym niż walka o prawa kobiet i o Polskę.
Wieczne: wiem, że nie masz siły/jest weekend/jest późno, ale… Czyli – wiem, ale kompletnie mnie to nie obchodzi. Towarzyszące mi nieustannie oznaczanie mnie w dziesiątkach postów i komentarzy to nie tylko bezmyślność czy nieżyczliwość, ale też celowa agresja ubrana w etos wspólnej walki, która przecież toczy się cały czas. Taki paragraf 22: ktoś mnie oznacza w komentarzu i pyta, czy widziałam, co się wydarzyło. Jak powiem, że widziałam, no ale nie reaguję i nie idę z kawalerią, to znaczy, że jestem do dupy. A jak nie widziałam, to też jestem do dupy, bo nie wiem, co się dzieje. Nie mam szans być w porządku. Niby wiadomo, że mam te sprawy w sądzie, że przeczołgała mnie policja, ale to jest coś, czym można się zachwycić, natomiast nie trzeba tego jakkolwiek uwzględniać w kontakcie ze mną – bo przecież nie jestem osobą. Niby mówię, że nie doszłam do siebie po COVID-zie, mam potężne kłopoty zdrowotne – ale ten argument miałby znaczenie, tylko gdybym była osobą. Zazdroszczę tym, którzy mają ten przywilej i mówię: brońcie go za wszelką cenę. Dla mnie już jest za późno.
Podejrzewałaś, że to tak będzie, jak zaczynałaś Strajk?
Nie wiedziałam, jak zabójcza jest „pozytywna" presja. Przecież ludziom, którzy odebrali mi walor bycia osobą, chodzi o wyższe wartości. I o Polskę.
Nie poradziłabym sobie bez pomocy „pani", czyli bez terapii. Mam takie tygodnie, że na sesji robimy listę zadań do realizacji na cały tydzień – po trzy zadania na każdy dzień, bo jestem tak obezwładniona ilością rzeczy, że nie jestem w stanie zrobić nic. Paraliż.
To się przełożyło na relacje? Na twoje podejście do ludzi?
Marta Lempart
CZYTAJ TAKŻE:
Marta Lempart wpływową kobietą 2020 według "Financial Timesa"
Jak dzwoni telefon, to mam ochotę krzyczeć.
Ale odbierasz.
Nie mam wyjścia. Czasem proszę o SMS, czasem staram się przekazać, że jakaś sprawa musi poczekać. Wyłączyłam sobie część powiadomień i Messengera, najpopularniejsze narzędzie ataku.
A presja w Strajku? Jest? Że zawsze musisz być, że nie masz prawa do gorszego dnia? Albo – jeśli delegujesz zdania – że gwiazdorzysz?
W Strajku większość z nas jedzie na tym samym wózku, doskonale rozumiemy się nawzajem, mimo że jednocześnie się wkurwiamy za tę niemoc – na siebie nawzajem i oczywiście same na siebie. Mamy system wsparcia w postaci programu psychopogotowia – czyli wsparcia psychologicznego i psychiatrycznego dla osób z wypaleniem i z PTSD. Myślę, że gdybyśmy były typową, męską, patriarchalną organizacją, w której siłą rzeczy nie byłoby mowy o korzystaniu z pomocy, o „chodzeniu do pani", to już byłoby po nas. Na szczęście jesteśmy kobietami, nasza organizacja jest inna, więc nie wstydzimy się korzystać z pomocy – wręcz przeciwnie, nawzajem się do tego namawiamy. To tak à propos superbohaterek.
W moim przypadku chodzi o to, co na zewnątrz – że jestem misiem zakopiańskim, a miś zakopiański ma jeden obowiązek: robić stand-up na zawołanie, czyli być zawsze w dobrej formie.
I ja to rozumiem, bo trudno, żeby ludzie, którzy nas wspierają, są z nami, przejmowali się tym, że mam gorszy dzień. Miś zakopiański musi dowieźć.
Co zakopiańskiemu misiowi robi permanentny stres?
Marta Lempart w czasie czarnego marszu w pierwszą rocznicę powstania OSK
CZYTAJ TAKŻE:
Marta Lempart w rocznicę "czarnego poniedziałku": Aktywizm zabrał wszystko, co miałam, moje zdrowie i życie jest w ruinie
U mnie do stresu psychicznego dochodzi fakt, że jestem po COVID-zie i, niestety, jestem takim typowym ozdrowieńcem, którego dopadło wszystko, co przed COVID-em miał zaniedbane. A w moim przypadku to oznacza praktycznie wszystko. Do tego oczywiście potargała mnie policja, więc mam uszkodzony kręgosłup w wielu miejscach. Miałam takie dni, że w ogóle nie mogłam chodzić. Chodzę dzięki temu, że przeszłam i przechodzę ostrą rehabilitację, ale sprawia mi to dużą trudność. Wszystko mi siada – płuca, serce, mam chroniczne zmęczenie, bóle głowy, kłopoty ze snem.
Policja cię potargała?
Tak, pan pała chyba naoglądał się „Flinstonów" i myślał, że można kogoś – w szczególności mnie, powyżej 100 kg wagi – przemieścić po gruncie, ciągnąc tylko za rękę. No nie da się tego zrobić. Można mu tę rękę wyrwać, co się na szczęście nie stało, ewentualnie uszkodzić kręgosłup, do czego faktycznie doszło.
Zrobiłaś coś z tym? Złożyłaś jakieś zawiadomienie?
Nie. I to jest bardzo złe, czuję się winna, bo powinnam w takich sprawach dawać przykład. Łatwiej mi dopilnować cudzej obdukcji.
https://www.wysokieobcasy.pl/akcje-specjalne/7,156847,27120...