Wiecie co?
Ja coraz częściej miewam wrażenie, że burdel, który jest w kraju nie jest wynikiem niekompetencji władzy, tylko zamierzoną polityką długofalową.
Sprowadźmy ludzi na skraj nędzy, czy to podatkami, niskimi emeryturami, wysokimi cenami, brakiem funduszy z KPO.
Ktoś, kto jest na krawędzi nie zastanawia się jak żyć.... tylko jak przeżyć. Jeżeli uzależnione Twoje przeżycie jest od tego, że dadzą Ci 500+ albo pięćdziesiątą emeryturę, bo bez tego zdechniesz z głodu.... to wybierasz opcję, w której na pewno przeżywasz. Prosta implikacja piramidy Maslowa. Przetrwanie jest najniższą i najbardziej podstawową potrzebą.
Przetrwanie w miastach, z dostarczonym CO jest prostsze. Nawet jak nie zapłacisz jednego rachunku to nic się nie stanie. Odetną Cię za kilka miesięcy, więc zimę przeżyjesz. Ale na wsi? Tu gorzej, bo węgiel trzeba kupić i wyłożyć od razu pieniądze.
No dobra, co zrobić dalej czyniąc wywód troszkę bardziej kompleksowym.... żeby coś rozdać, trzeba skądś wziąć kasę. Skąd? 2 opcje... albo zwiększamy podatki (czasem nazywane przez rząd opłatami), albo się zadłużamy. Zadłużamy brzmi prosto.... bierzemy na siebie kredyt, ale spłacać go będą nasze dzieci, wnuki. Kropka.
No dobra, to wzrost podatków. Podatki mają to do siebie, że zabijają przedsiębiorczość, gnoją ludzi, którzy ciągną tą gospodarkę. Ale trochę to spłyćmy na użytek tego posta.
Teraz lecąc na dużym uproszczeniu: żeby dać coś obywatelowi państwo musii:
Zabrać komuś kasę. (strata)
Zatrudnić kogoś, kto będzie pilnował zabierania kasy (ściągalności podatków)
Zatrudnić kogoś, kto będzie rozdawał ową kasę.
Rozdać kasę.
Więc obywatelu.... zabiorą Ci kasę, zatrudnią ciotkę/wujka/znajomka do etapów 2 i 3. Oddadzą co zostanie. Per saldo jesteś w dupę. Czasem ktoś zarobi.
A zapomniałem dodać :) W przypadku zadłużania Polski dalej trzeba zatrudnić kogoś do negocjowania zadłużenia i potem kogoś do rozdania kasy. Dla mnie to oczywiste, ale niekoniecznie dla wszystkich.