DO PRZECZYTANIA, DO OBEJRZENIA, DO POSŁUCHANIA
Autor: DARIUSZ MÓL

Do obejrzenia - "Belfer" i "Wołyń"

DODANO: 2017/04/23

belfer W lesie zostaje znalezione ciało młodej dziewczyny. Informacja ta elektryzuje uczniów liceum, do którego chodziła zamordowana i wstrząsa mieszkańcami Dobrowic. Na dodatek w miasteczku pojawia się nowy nauczyciel, który zaczyna węszyć w sprawie śmierci licealistki. Tak się zaczyna „Belfer", jeden z najlepszych polskich seriali, jakie miałem okazję ostatnio obejrzeć.

Fakt, nie widziałem go w telewizji, kiedy wzbudzał duże emocje, ale oglądanie na DVD ma tę zaletę, że nie trzeba czekać tydzień na nowy odcinek, tylko można odtwarzać z płyty tyle części, na ile ma się ochotę. Muszę przyznać, że szybko mi poszło, ale nie mogło być inaczej, bo „Belfer" wciągnął mnie jak diabli.

Po pierwsze, chciałem się dowiedzieć, kto zabił? I po jaką cholerę Paweł Zawadzki (Maciej Stuhr) przyjechał z Warszawy do małomiasteczkowych Dobrowic, z których raczej się wyjeżdża w jakąkolwiek dal, niż się zostaje. Scenarzyści Jakub Żulczyk i Monika Powalisz szybciej pozwolili mi uzyskać odpowiedź na tę drugą kwestię, a w międzyczasie opowiedzieli mi o mieszkańcach Dobrowic i ich lokalnych uwikłaniach. Prowadził mnie Zawadzki, który jako człowiek z zewnątrz, intruz, odsłaniał mroczne tajemnice, zależności, powiązania, oszustwa, romanse. Patrzył na wszystko z chłodnym dystansem i nie miał nic do stracenia. Parł do przodu, by rozwikłać zagadkę - komu zależało na śmierci dziewczyny. Im bliżej był rozwiązania, tym bardziej można było zobaczyć, że na polskiej prowincji jest mroczno i straszno, zupełnie jak w skandynawskich kryminałach. I gdy maski spadną z ludzkich twarzy, lepiej nie wchodzić im w drogę.

„Belfer" wciąga, hipnotyzuje mrocznym, niejednoznacznym klimatem, bohaterowie, także ci na drugim planie świetnie rozpisani i zagrani, historia nawet przez chwilę nie wydaje się naciągana. I zakończenie, które zamiast oddechu ulgi prowokuje do pytań i zastanowienia się nad prawdziwymi motywami ludzkich działań, bez względu na wiek, status społeczny, wyznawane wartości, uczucia.




wolyn „Wołyń" to film przeciwko nacjonalizmowi i nienawiści. Zrobiony po to, by pamiętać, a nie żeby się mścić. Nie jest podręcznikiem historii, to moje spojrzenie na tamte wydarzenia. Zrobiłem go najuczciwiej, jak potrafiłem. Chciałbym, żeby był mostem, a nie murem - powiedział Wojciech Smarzowski. Zgadzam się z nim w stu procentach.

Seans „Wołynia" nie jest ani łatwy, ani przyjemny. Nawet sielski początek wesela siostry głównej bohaterki Zosi Głowackiej (znakomity debiut aktorski jeszcze studentki Michaliny Łabacz) już zwiastuje to, co później będzie określane jako rzeź wołyńska. Na razie wszyscy się dobrze bawią walcząc na cepy, czy ścigając się konno, rytualnie na progu domu obcinany jest warkocz panny młodej, Ukraińcy, Polacy i Żydzi przepijają do siebie, gdzieś w zagajnikach ukradkiem kochają się pary. Wielokulturowa biesiada trwa, ale przy stołach już mówi się o odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości i wzięciu odwetu na Lachach. Emisariusze UPA docierają nawet do najmniejszych wiosek i podżegają do radykalnych działań. Wkrótce rozpoczyna się wojna. Nienawiść zaczyna roznosić się jak zaraza. Niedawni sąsiedzi stają się wrogami. Rozpętuje się piekło...

Cytat, jaki pojawia się na początku filmu jest porażający: „Kresowian zabito dwa razy - raz ciosami siekierą, a raz przez przemilczenie. Ta druga śmierć była jeszcze gorsza..." Dlatego Smarzowski nakręcił „Wołyń", w swojej dobrze znanej poetyce (oglądając go przypominał mi się wstrząsający „Idź i patrz" Elema Klimowa) i według własnego scenariusza, inspirując się opowiadaniami Stanisława Srokowskiego wydanymi pod wspólnym tytułem „Nienawiść". Ich autor napisał w książce, że „narody, które boją się rozliczeń z własną przeszłością boją się same siebie i karłowacieją. Wybaczanie rodzi się z prawdy, a prawdy nie można oszukać". „Wołyń" jest dla mnie właśnie filmem, który może być zaproszeniem do rozmowy między Polakami i Ukraińcami o wspólnej przeszłości, filmem przeciwko nacjonalizmowi i nienawiści, filmem trudnym, ale i oczyszczającym, który dobrze, że powstał.

Autor

Dariusz Mieczysław Mól

Jestem dziennikarzem i reporterem. Pracowałem m.in. w „Super Expressie”, tygodniku „Naj”, miesięczniku „Claudia”. Od kilku lat pracuję jako „wolny strzelec”, prowadząc własną działalność jako „Mól TEKSTowy”.

WIĘCEJ

Kategorie

Ostatnie wpisy

Tagi

Archiwum wpisów