Zarejestruj
5°C

Ścigając marzenia

Mińszczanin Mariusz „Domel” Domalewski jest maszynistą warszawskiego metra. Ale jego pasją są wyścigi motocyklowe. Od ośmiu lat bierze udział w zawodach w Polsce i za granicą. Tylko nam opowiada o tym, jak godzi swoje hobby z pracą, kto go wspiera i czy to niebezpieczny sport...

Ponoć z motocyklami miałeś styczność już od dziecka?

Mariusz „Domel” Domalewski (M. D.) – Zgadza się. Miłością do motocykli zaraził mnie ojciec, który miał piękna cezetkę. Wieczorami siedział i ją rozbierał, naprawiał, czyścił. Dzięki niemu poznałem podstawy działania silnika. To on uczył mnie jeździć, zdradzając różne tajniki. W sumie musiał mi ufać, bo potrafił puścić mnie samego na motocyklu, który ważył kilkadziesiąt kilogramów, a ja ledwo dosięgałem do ziemi. Zresztą, za czasów mojej młodości łatwiej było mieć motor niż samochód. Później na drogach pojawiły się pierwsze japońskie motocykle. Patrząc na nie wiedziałem, że kiedyś i ja będę takim jeździł.

I spełniłeś swoje marzenia. Kiedy zacząłeś się ścigać?

M. D. – W 2009 roku znajomy namówił mnie do wyjazdu na zamknięty już tor w Lublinie. Ruszyłem na hondzie CBR 929 niepewnie i strachliwie, ale to wtedy połknąłem bakcyla. Dobrze pamiętam pierwsze dotknięcie kolanem asfaltu i dumę jaka mnie rozpierała, bo w końcu niewiele osób to potrafi. Po tamtym wyjeździe coraz częściej zacząłem gościć na małych torach kartingowych. A w 2013 roku pojawiłem się na zawodach w Poznaniu. Pierwszy duży tor i to było to. W tamtym momencie wiedziałem, co będę robił. Zacząłem intensywniej trenować, jeździć i osiągać coraz lepsze czasy. W tamtym roku podjąłem decyzję, że spróbuję już profesjonalnie pościgać się z najlepszymi.

Na jakim motocyklu jeździsz?

M. D. – Na BMW S1000RR, który sam kupiłem. To doskonały motocykl, przystosowany do jazdy torowej. Ma założone lekkie owiewki z laminatu, podnóżki kierowcy, które można dowolnie ustawiać pod własne preferencje, zmienione klocki hamulcowe, aby jeszcze skuteczniej hamować. Ma założone opony wyścigowe tzw. slicki. Można by jeszcze zająć się modyfikacjami silnika i elektroniki. Lista zmian jest długa i, prawdę mówiąc, jedyne co mnie ogranicza to wymagania techniczne, jakie motocykl musi spełnić na zawodach oraz budżet.

Masz techniczny team, który przygotowuje motocykl do zawodów?

M. D. – O motocykl dbam głównie sam. Wielką pomoc otrzymuję od przyjaciela, który ma warsztat motocyklowy i pomagał mi już niejednokrotnie. Ale na torze jestem zdany tylko na siebie, ale wiem, że w przypadkach awaryjnych mogę liczyć na znajomych. Podczas wyścigów walczymy ze sobą bez skrupułów, jednak po zejściu z maszyn każdy każdego wspiera. Na torze i poza nim pomaga mi także bardzo mocno moja partnerka.

A co ze sponsorami?

M. D. – Udało mi się pozyskać kilku sponsorów i partnerów, ale, niestety, jest to kropla w morzu potrzeb. Ciężko jest przekonać ludzi i firmy do wspierania takiego sportu, jakim są wyścigi motocyklowe, bo wciąż w naszym kraju prym wiedzie piłka nożna. Spędziłem mnóstwo czasu na poszukiwaniu sponsorów. Prawda jest taka, że w 90% odchodziłem z kwitkiem. Żadna z lokalnych firm nie wyraziła zainteresowania moimi działaniami. Może się to zmieni? Uwierzył we mnie  burmistrz Mińska Marcin Jakubowski i dzięki niemu mogę teraz reprezentować nasze miasto. A największym bardzo pozytywnym zaskoczeniem była postawa kolegów z pracy i znajomych, którzy zorganizowali zbiórkę pieniędzy, żeby pomóc mi w zakupie opon, za co jestem im bardzo wdzięczny.

Jak godzisz pracę ze swoją wyścigową pasją?

M. D. – Nie jest łatwo, ale jakoś się udaje dzięki zrozumieniu moich zwierzchników. Urlopy planowane są pod kalendarz wyścigowy, a dni wolne ustawiane tak, żebym mógł trenować. Najlepiej byłoby zająć się wyłącznie ściganiem, ale wiem, że to na razie niemożliwe.

Podczas wyścigów osiągasz duże prędkości. Nie boisz się, że może ci się coś stać?

M. D. – Mam na sobie kombinezon i kask – to one chronią mnie przed skutkami wypadku. Dodatkowo dochodzą jeszcze ochraniacze kręgosłupa i klatki piersiowej. Strach przed wypadkiem jest zawsze, ale staram się o tym nie myśleć. Niebezpiecznie jest tylko wtedy, kiedy popełniasz błąd. Czysta głowa podczas zawodów jest bardzo ważna. Trzeba być w 100% skupionym na jeździe, bo każde rozproszenie uwagi może być bardzo bolesne i kosztowne. Przekonałem się o tym dwa lata temu, kiedy miałem bardzo poważny wypadek na słowackim torze. Tylko szybka interwencja służb ratowniczych sprawiła, że dziś możemy rozmawiać, a ja dalej się ścigam.

A co na twoje hobby rodzina?

M. D. – Bardzo mnie dopinguje. Wiem że oglądają transmisje z wyścigów, które są dostępne na kanale motorwizja.tv i online na stronie www.livemotorsport.tv Przed każdym moim wyjazdem na zwody mama się denerwuje i powtarza mi, żebym był ostrożny. Ale ja wiem, że ostrożnie znaczy wolno, a muszę jechać szybko (śmiech). Tyle lat już jeżdżę na motocyklu, że chyba się przyzwyczaili i wiedzą, że nie odpuszczę.

Masz już na koncie kilka sukcesów...

M. D. – Największym do tej pory był wygrany wyścig na słowackim torze. To było świetne uczucie, gdy stałem na najwyższym podium. Na dzień dzisiejszy zajmuję pierwsze miejsce w klasyfikacji generalnej w litewskim pucharze Baltic Cup. Z kolei w Mistrzostwach Polski zacząłem startować w tym roku, więc na razie uczę się walczyć z najlepszymi w kraju. Ostatnie wyścigi w Poznaniu ukończyłem na 6 i 7 miejscu na 27 zawodników i wiem, że może być jeszcze lepiej.
Liczę, że uda się mi stanąć na podium i zdobyć jak największą ilość punktów.

Twoje największe marzenie?

M. D. – To możliwość ścigania się w następnym roku, wygrywanie wyścigów i znalezienie firm lub ludzi, którzy będą zainteresowani wsparciem lokalnego sportowca. Mając ich po swojej stronie mógłbym przygotować jeszcze lepiej motocykl i pozwolić sobie na większą ilość treningów. Wierzę, że uda mi się zrealizować te marzenia. I serdecznie zapraszam na mój profil na FB – Mariusz DOMEL Domalewski.

Oprac. DM, fot. Mateusz Jagielski/Photoaction Motorsport Photography i MDD

Aktualności

Komentarze

Do tego artykułu jeszcze nie dodano komentarzy

Zaloguj się aby dodawać komentarze.