11°C

4
Powietrze
Wspaniałe powietrze!

PM1: 1.69
PM25: 2.49 (9,96%)
PM10: 2.84 (5,69%)
Temperatura: 11.47°C
Ciśnienie: 1001.17 hPa
Wilgotność: 69.56%

Dane z 21.10.2021 22:05, airly.eu

Szczegółowe dane meteoroliczne z Mińska Maz. są dostępne na stacjameteommz.pl


facebook

Forum

"Wolność nie jest nam dana raz na zawsze"

19762 postów
Żabodukt Postów: 53261
kumak
Żabodukt, postów: 53261
Wtorek, 5 października 2021 17:55:50
-2
0 -2
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
coś dla Ziemkiewicza...
"żołnierz wyklenty"
Post edytowany
Załączone materiały graficzne widoczne są dla zalogowanych użytkowników
Żabodukt Postów: 53261
kumak
Żabodukt, postów: 53261
Wtorek, 5 października 2021 17:59:40
-2
0 -2
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
Obcy kulturowo najeźdźca zatrzymany w Wielkiej Brytanii na lotnisku. Jechał odstawić córkę na Oxford - taki z niego Polak
Post edytowany
Załączone materiały graficzne widoczne są dla zalogowanych użytkowników
Żabodukt Postów: 53261
kumak
Żabodukt, postów: 53261
Wtorek, 5 października 2021 18:10:57
-2
0 -2
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
#polskiegraniceabsurdu
Post edytowany
Załączone materiały graficzne widoczne są dla zalogowanych użytkowników
Żabodukt Postów: 53261
kumak
Żabodukt, postów: 53261
Wtorek, 5 października 2021 20:44:06
-1
0 -1
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
Z prof. Tadeuszem Gadaczem Magdalena M. Baran rozmawia o władzy. O władzy totalitarnej, która pcha społeczeństwa ku podziałom, ku nieustannemu poczuciu zagrożenia, która ciągle tworzy nam wyimaginowanych wrogów.
Post edytowany
gdzieś indziej Postów: 4811
michal1965
gdzieś indziej, postów: 4811
Wtorek, 5 października 2021 23:40:02
+1
+1 0
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
Koptowie nazywają siebie „Synami Króla”, nie chodzi bynajmniej o faraona, ale o Boga, a zatem, mają pełną świadomość tego, że każdy, kto ich skrzywdzi, zostanie ukarany przez Pana, mówią: „Nie igraj z Koptami, bo oni mają za sobą potężnego Władcę”. Na Zachodzie mówimy, że omówione powyżej zjawiska to zwykły przypadek, ale kiedy on się powtarza, nie raz, nie dwa, ale za każdym razem, to dla ludzi Orientu, nie tylko chrześcijan, sprawa jest zbyt wymowna. Dlatego w momencie ogłaszania postu przez Koptów, już za Mursiego, telewizja Al Dżazira stwierdziła, że skoro Koptowie ogłosili post, oznacza to, że nie chcą załatwiać spraw pokojowo. Mało tego, ten akt woli chrześcijan poddano również politycznej i medialnej debacie! Znany dziennikarz Samih Fauzi powiedział, że oto Koptowie tą decyzją zrywają kanały porozumienia z państwem, że wołaniem do niebios, postem skończył się dialog polityczny, a sprawę powierzono Bogu, co może skomplikować sytuację między państwem a Koptami. Sądzimy, że te ostatnie przykłady paniki, jaką wywołuje każdorazowo decyzja Kościoła o podjęciu postu, pokazuje dość dobitnie, że przeciwnicy Koptów drżą przed tą formą działania, a jednocześnie, że mają oni świadomość tego, co może się stać w jej wyniku.
gdzieś indziej Postów: 4811
michal1965
gdzieś indziej, postów: 4811
Wtorek, 5 października 2021 23:40:59
+1
+1 0
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
Czasy prześladowań chrześcijan w Egipcie wybuchły z wielką gwałtownością za czasów panowania prezydenta Anwara as-Sadata (1970-1981). W 1977 r. Sadat zaczął preferować islamistów, kosztem Koptów. To właśnie on, dla tych pierwszych dodał słynny do dziś artykuł w konstytucji, art. 2, ustanawiający islam religią państwową, a szariat prawem w pełni obowiązującym wszystkich obywateli.
Patriarcha Szenuda III był wówczas jeszcze człowiekiem twardym i nie pozwalał na dyskryminację swego ludu, wstawiał się odważnie w obronie wolności religijnej. Wrogość, jaka nastąpiła w wyniku polityki prezydenta była przerażająca, niespotykana w nowoczesnej historii Egiptu. Wybuchła nieopisana nienawiść islamistów przeciwko chrześcijanom, z fatalnym momentem przełomowym w postaci masakry w az-Zawija al-Hamra. W czerwcu 1981 r. muzułmańscy sąsiedzi w wyniku sporu z chrześcijanami, w nieludzki sposób rozprawili się z wyznawcami Chrystusa. W czasie pogromu spalili żywcem 20 rodzin, wraz z dziećmi i kobietami. Ogółem islamiści zamordowali 81 osób. Na oczach mężczyzn pozbawiali życia ich żony i dzieci, palili, torturowali, a na końcu zabijali ich samych. Jedną z ofiar był ksiądz Maksymos Gergis, który otrzymał przed śmiercią ultimatum: albo przyjmie islam albo umrze. Wybrał życie wieczne i odmówił mordercom. Poderżnięto mu gardło. Sąsiedzi muzułmańscy mordowali sąsiadów chrześcijańskich, ponieważ do tej zbrodni zachęcił swoją polityką prezydent kraju, wytwarzając w Egipcie atmosferę grozy. Zabijano wówczas chrześcijan w imię Allaha.
https://www.youtube.com/watch?v=RkXHc1CK2-Q&list=RD0WgbppJbO64&index=6
Mińsk Mazowiecki Postów: 44075
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 44075
Środa, 6 października 2021 08:00:11
0
0 0
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
skoro nieco historii to proszę :

W rezultacie trwającej 18 miesięcy masakry Wandei w latach 1793–1795 wojska rewolucyjne okrutnie zamordowały około 120 000 osób, czyli około 15 proc. ludności, a 20 proc. spośród 50 000 domów tego regionu zostało zniszczonych przez rozszalałą armię jakobińską. W wyniku rewolucji rzecznicy „wolności, równości i braterstwa” wyłączyli podstawowe zasady cywilizacji europejskiej.

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Biały Kruk publikujemy fragment wydanego niedawno drugiego tomu książki Wojciecha Roszkowskiego „Historia chrześcijaństwa. Świętości, upadki i nawrócenia”. Pierwszy tom ukazał się wiosną bieżącego roku.

Paradoks rewolucji francuskiej polegał na tym, że pierwszy krok w jej kierunku uczynił król Ludwik XVI, zwołując na początku 1789 roku Stany Generalne: przedstawicieli szlachty, duchowieństwa i „stanu trzeciego”, którego reprezentantów miało być tylu, ilu przedstawicieli dwóch pierwszych stanów razem. Stan drugi reprezentowany był przez 300 księży i zakonników, którzy gremialnie poparli ideę monarchii konstytucyjnej. Gdy 19 czerwca tegoż roku Stany Generalne ogłosiły się Zgromadzeniem Narodowym, duchowieństwo poparło ten krok. Po dość teatralnym zdobyciu Bastylii przedstawiciele „stanu trzeciego” mocno się zradykalizowali, a głos decydujący w Zgromadzeniu zdobyli masoni lub ludzie z nimi związani. Kiedy w dniu 4 sierpnia 1789 roku uchwalono zniesienie przywilejów feudalnych i równość wszystkich obywateli, duchowni też nie protestowali, choć podkopywało to materialne podstawy bytu Kościoła francuskiego. Radykałowie szli jednak coraz dalej. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela z 26 sierpnia tegoż roku oparła się na zasadzie prawa stanowionego, głosząc wolność religijną, ale ograniczoną przez to prawo. Poprawki duchownych katolickich zostały odrzucone. Radykałowie pod przewodnictwem hrabiego Honoré-Gabriela de Mirabeau parli konsekwentnie do upaństwowienia majątku kościelnego. Udało się im to w dniu 2 listopada tegoż roku.
Ludność Wandei przyjęła początki reform państwa w 1789 roku dość przychylnie. System feudalny nie był tu szczególnie dokuczliwy, a skargi chłopów składane radom parafialnym dotyczyły przede wszystkim przypadków zachłanności lub rozrzutności księży lub zakonników. Wybór władz gminnych i miejskich został więc przyjęty z zadowoleniem. Natomiast konstytucja cywilna duchowieństwa z 12 lipca 1790 roku wywołała ogromne oburzenie w społeczności, która mimo wszystko szanowała duchowe przywództwo swych kapłanów. Nie do przyjęcia było tu wybieranie biskupów przez ogół wiernych, także protestantów lub ludzi niewierzących, i uzależnienie całego duchowieństwa od świeckiego państwa. Choć niektórzy duchowni wandejscy zaakceptowali nową sytuację, przeważająca większość zaprotestowała. Gdy władze departamentu nakazały odczytanie konstytucji z ambon, sprzeciwy zaczęły się mnożyć. Księża na ogół podkreślali, że nie chodzi im o utratę dóbr, ale o autonomię wiary wobec władzy świeckiej. Pierwsze szykany administracyjne wobec księży, którzy odrzucili konstytucję, takich jak rektor seminarium w Pellerin, Pierre-Marie Robin, wywołały oburzenie Wandejczyków.

Kiedy 27 listopada 1790 roku Zgromadzenie Narodowe uchwaliło konieczność złożenia przez duchownych przysięgi na lipcową konstytucję, biskup Nantes zalecił księżom odmowę jej składania, co spotkało się z poparciem ze strony papieża Piusa VI. Napięcie stale rosło, gdyż władze cywilne zakazały wygłaszania kazań przez księży, którzy odmówili złożenia przysięgi. W 1791 roku w całej diecezji Nantes złożyło ją tylko około 10 proc. duchownych. Wiosną następnego roku władze administracyjne zaczęły rejestrację opornych księży i nakazały im opuszczenie swych parafii, do których przybywali duchowni „konstytucyjni”. Ludność odmawiała jednak korzystania z ich posługi, prosząc o chrzest, ślub czy pogrzeb księży niezaprzysiężonych, jeśli tylko przebywali w okolicy. Kościoły obsadzane przez księży zaprzysiężonych pustoszały. Władze cywilne zaczęły się uciekać do przemocy wobec duchownych, którzy nie opuścili swych parafii. Powstało więc swoiste podziemie kościelne. W tej sytuacji w lecie 1792 roku Wandejczycy zaczęli na większą skalę odmawiać płacenia podatków władzom rewolucyjnym. Lawinowo rosła liczba przypadków użycia siły wobec księży, duchowieństwa zakonnego i świeckich, którzy stawali w ich obronie. Żołnierze Gwardii Narodowej coraz częściej dokonywali mordów na ludności, a w reakcji ludność Wandei zaczęła organizować zbrojne oddziały w obronie swoich racji. Lud Wandei czuł się coraz bardziej oszukiwany przez swoich rzekomych obrońców. Wrażenie to spotęgowała egzekucja króla Ludwika XVI w styczniu 1793 roku.
Wydarzeniem, które zdetonowało wybuch gniewu Wandejczyków, było zamknięcie kościołów i kaplic nieobsługiwanych przez księży zaprzysiężonych w dniu 6 marca 1793 roku i ogłoszenie poboru rekruta do amii rewolucyjnej w następnym dniu. W kolejnych dniach nastąpiły spontaniczne ataki na siedziby władz lokalnych, plebanie księży zaprzysiężonych i oddziały Gwardii Narodowej. Uzbrojeni w kije, siekiery, a rzadziej broń palną powstańcy przegnali przedstawicieli władz rewolucyjnych nie tylko w departamencie Wandei, ale na dużym obszarze północno-zachodniej Francji, w czym wsparli ich także ci mężczyźni, którzy zgłosili się do poboru, ale wsparli powstanie. Podstawą armii powstańczej stały się oddziały parafialne, które potrafiły nawiązać współpracę między sobą między innymi dzięki sygnałom przekazywanym przez skrzydła wiatraków. Było to prawdziwe powstanie ludowe, gdyż większość szlachty przestraszyła się radykalnych haseł dzielenia ziemi. Pierwszym dowódcą armii wandejskiej był zakrystian Jacques Cathelineau, który zginął już w lipcu 1793 roku pod Rennes. Po jego śmierci oddziałami powstańczymi dowodził Maurice Gigost d’Elbée, który niezwykle usprawnił system dowodzenia i zdobył fanatyczną wręcz lojalność podkomendnych. Powstańczą radą, która decydowała w sprawach politycznych, kierował ks. Gabriel Guyot de Folleville. Armia powstańcza składała się z trzech części: awangardy, głównej siły, dowodzonej przez d’Elbée, oraz ariergardy, którą dowodził szczególnie zasłużony w bojach dwudziestodwuletni hrabia Henri de La Rochejaquelein. Początkowo taktyka powstańców, zaskakujących wojska rewolucyjne w znanym sobie terenie, przynosiła Wandejczykom sukcesy, podobnie jak niezwykle bojowy nastrój walczących. Jedna z pieśni powstańców zawierała słowa:

„Uderz się w piersi, przejrzyj wreszcie na oczy,
To ta brudna doktryna nas unieszczęśliwia.
Spójrz na lud braterski, jedną wiarą złączony,
Śpiewając, jak przodkowie: Niech żyje Kościół!
Niech żyje król!”

Nie bez racji odwoływano się do „Deklaracji praw człowieka i obywatela”, poprzedzającej jakobińską konstytucję z 24 czerwca 1793 roku. Jak na ironię, w stosunku do deklaracji z 1789 roku dodano w niej artykuł 35, który stanowił, że „kiedy rząd gwałci prawa ludu, powstanie jest dla całego ludu i każdej jego części najświętszym z praw i najkonieczniejszym z obowiązków”.
Dzięki powstaniu w Wandei duchowieństwo i wierni w sporej części północno-zachodniej Francji odetchnęli przejściowo od prześladowań, które spadły na nich w pierwszych latach po rewolucji. Kiedy jednak wojska rewolucyjne przystąpiły do totalnej wojny z wandejskimi powstańcami, sytuacja Kościoła stała się dramatyczna. Opór duchowieństwa i wspierającej je części społeczeństwa w Wandei był brutalnie i krwawo łamany. Działania armii rewolucyjnej przeciw powstańcom wandejskim są pierwszym przykładem ludobójstwa w najnowszych dziejach. Polegały one bowiem nie tylko na walce z oddziałami powstańców, których nazywano „bandytami”, ale na planowej masakrze ludności cywilnej.
Na czele dwudziestotysięcznej armii rewolucyjnej w akcji tej brała udział pięciotysięczna awangarda gen. François-Josepha Westermanna. Duża część armii powstańczej wycofała się na północ, do Bretanii, Anjou i Normandii, ale i tam ścigali ją rozjuszeni żołnierze rewolucji, znaczący swoją trasę stertami pomordowanych mężczyzn, kobiet i dzieci. Pod koniec 1793 roku powstańcy byli już praktycznie rozgromieni. Gen. Westermann raportował wówczas Komitetowi Ocalenia Publicznego: „Nie ma już Wandei, obywatele republikanie. Umarła pod naszą wolną szablą, wraz ze swoimi kobietami i dziećmi. Właśnie pochowałem ją w błotach i lasach pod Savenay. Wedle rozkazów, jakie mi przekazaliście, zmiażdżyłem te dzieci pod końskimi kopytami, zmasakrowałem kobiety, które – przynajmniej te – nie będą już rodzić bandytów. Nie mam sobie do zarzucenia ani jednego wziętego więźnia. Zgładziłem wszystkich”.

To, co nastąpiło potem, było jeszcze gorsze. Był to cyniczny plan „totalnego zniszczenia” Wandei, opracowany przez gen. Louis-Marie Turreau, zatwierdzony przez jakobiński Komitet Ocalenia Publicznego, a realizowany od 21 stycznia 1794 roku przez „piekielne kolumny” Turreau pod nadzorem komisarza politycznego Jean-Baptiste Carriera. W odpowiedzi na prośbę o akceptację planu Komitet odpowiedział 8 lutego 1794 roku, iż uważa podjęte środki za „dobre i czyste”. Do środków tych należało między innymi systematyczne palenie domów wraz z ich mieszkańcami, masowe gwałty i mordy na Wandejkach, nawet czternastoletnich, nadziewanie ich zwłok na bagnety, rozstrzeliwanie schwytanych cywilów niezależnie od płci i wieku czy też pastwienie się nad młodymi ludźmi w postaci „ślubów”, polegających na wiązaniu nagich par płci obojga i topieniu ich w rzece. Opisy scen mordowania tysięcy bezbronnych mężczyzn, kobiet i dzieci, jakie zachowały się z tych czasów, można jedynie zilustrować apokaliptycznymi obrazami Hieronima Boscha. Na przykład podczas ludobójczej pacyfikacji Wandei „piekielna” IX kolumna pod dowództwem gen. Étienne’a Cordelliera dokonała w dniu 28 lutego 1794 roku masakry cywilnej ludności katolickiej w Lucs-sur-Boulogne, w tym 110 dzieci w wieku poniżej siedmiu lat. Znane są setki podobnie drastycznych przykładów niespotykanych dotąd na taką skalę bestialstw wobec ludności cywilnej.
Po opanowaniu Wandei przywódców powstania, prawdziwych lub rzekomych, skazywano też w wyniku procesów sądowych. Trybunały rewolucyjne, stanowiące parodię sprawiedliwości, pracowały pełną parą. Na przykład po zdobyciu miasta Laval w departamencie Mayenne, już 13 grudnia 1793 roku ustawiono tam gilotynę. W ciągu pierwszego miesiąca stracono 359 mężczyzn i 102 kobiety. W styczniu 1794 roku w kościele pod wezwaniem Świętej Trójcy odbył się proces 14 księży z diecezji Laval. Byli to: proboszcz parafii Trójcy Przenajświętszej Jean-Baptiste Turpin du Cormier, wikary z Bazougers Jean-Marie Gallot, kapelan klarysek Joseph Pellé, kapelan w parafii Trójcy Przenajświętszej René-Louis Ambroise, wikary parafii św. Michała François Duchesne, emerytowany jałmużnik Julien-François Morin, franciszkanin Jean-Baptiste Triquerie, wikary z Rouez-en-Champagne Jacques André, wikary z Saint-Fort André Duliou, wikary z Port-Brillet Louis Gastineau, proboszcz z Rennes-en-Grenouilles François Migoret-Lamberdière, kapłan z diecezji Laval Julien Moulé, proboszcz z Bazouge-des-Alleux Augustin-Emmanuel Philippot i wikary z Peuton Pierre Thomas. Przewodniczącym trybunału był niejaki Volcler, dawny ksiądz-apostata. Wszyscy podsądni zostali skazani na śmierć. Ogłoszenie wyroku przyjęli wspólnym okrzykiem „Deo Gratias!”. Gdy w dniu 21 stycznia 1794 roku prowadzono pod gilotynę księdza Pellé, powiedział do obecnych: „Uczyliśmy was, jak żyć; uczcie się teraz od nas, jak umierać”. Księdza Turpin du Cormier, uznanego za przywódcę całej grupy, zmuszono do asystowania przy śmierci poprzedników i stracono na końcu. Kładąc głowę pod ostrze gilotyny, scałował krew współtowarzyszy, śpiewając Te Deum. Członkowie trybunału, w tym dwóch księży-renegatów, obserwowali egzekucję z odległości, pijąc wino i wykrzykując „Niech żyje republika!” przy każdej spadającej głowie duchownego.
W rezultacie trwającej 18 miesięcy masakry Wandei w latach 1793–1795 wojska rewolucyjne okrutnie zamordowały około 120 000 tysięcy osób, czyli około 15 proc. ludności, a 20 proc. spośród 50 000 domów tego regionu zostało zniszczonych przez rozszalałą armię jakobińską. Ludobójstwo w Wandei nie było przypadkiem. W wyniku rewolucji rzecznicy „wolności, równości i braterstwa” wyłączyli bowiem podstawowe zasady cywilizacji europejskiej. Georges Danton mówił w Zgromadzeniu: „Nie chcemy sądzić króla. Chcemy go zabić”. Maximilien de Robespierre z kolei powiedział do sędziów: „Panowie, nie jesteście sędziami, nie trzeba nam żadnego procesu. Ścięcie głowy króla jest jedynym sposobem uzdrowienia społeczeństwa”. Lider rewolucyjnego kleru w służbie państwa, ks. Henri-Baptiste Grégoire, jeden z głównych rzeczników mordu na królu, twierdził: „królowie w sensie duchowym są tym samym, czym gangrena w sensie materialnym”. Ciekawe, że spośród 361 deputowanych, którzy głosowali za ścięciem króla Ludwika XVI, czyli „obywatela Capeta”, aż 74 zmarło śmiercią gwałtowną: sami zostali pozbawieni życia w kolejnych falach rewolucji. Jeden z przywódców rewolucji, Louis Saint-Just, pisał w sierpniu 1793 roku: „W Meudon używają ludzkiej skóry. Jest lepsza niż kozia. Skóra kobiety jest miększa, ale mniej trwała”. Mimo to rewolucja jest nadal natchnieniem francuskich elit. Podczas uroczystości 200-lecia rewolucji w 1989 roku trumnę ze szczątkami ks. Grégoire przeniósł prezydent François Mitterand do Panteonu.

Ludobójstwo w Wandei było, nie tylko ze względu na skalę, ale także wobec jego potworności, bezprecedensowym upadkiem człowieczeństwa, ale także straszliwym dowodem zakłamania zwolenników rewolucji. W istocie za nic mieli oni głoszone przez siebie hasła o równości ludzi. Wandea pokazała, że to Kościół, ze swoimi hierarchicznymi strukturami i grzesznymi często przywódcami, ale także z koncepcjami równej godności „dzieci Bożych” oraz naturalnych praw ludzi i narodów Pawła Włodkowica, Jeana Bodina czy Francisco de Vitorii, może być lepszym obrońcą sprawiedliwości niż rzekomi obrońcy praw człowieka.
https://tygodnik.tvp.pl/56113675/nagie-pary-wiazano-i-...
Mińsk Mazowiecki Postów: 44075
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 44075
Środa, 6 października 2021 08:05:35
0
0 0
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
Więzieni biskupi, gwałcone zakonnice, powieszeni księża. Jak budowano nowy wspaniały świat

Gdy rośnie agresja wobec ludzi Kościoła, warto powtarzać słowa wypowiedziane ostatnio abp. Marka Jędraszewskiego, że „chrześcijaństwo zawsze było prześladowane”. I przypominać, że od antyklerykalizmu często bywało bardzo niedaleko do potwornych zbrodni.
Jest nowy powód do afery. Arcybiskup Marek Jędraszewski rzekomo bronił pedofilów w sutannach – czytam w rozmaitych mediach. O co chodzi? O fragment wypowiedzi metropolity krakowskiego podczas panelu na Europejskim Kongresie Samorządów. – Spójrzmy dzisiaj na Australię, gdzie kardynał Pell został skazany. Tam się łamie prawa człowieka. Chrześcijaństwo zawsze było prześladowane – powiedział arcybiskup.

Nie wchodząc w kwestię winy lub jej braku kardynała George’a Pella (jeszcze kilka lat temu broniłbym go, bo w jego sprawie wiele jest niejasności i zwyczajnych niespójności, jednak doświadczenie nauczyło mnie ostrożności), trzeba powiedzieć, że akurat w kwestii prześladowania chrześcijan, a szczególnie duchownych ksiądz arcybiskup ma zwyczajnie rację.
Warto przypominać, że już naziści oskarżali kapłanów o niecne praktyki seksualne i próbowali ich za to skazywać. Ale trzeba też podkreślać, iż nienawiść do religii to cecha nie tylko systemów totalitarnych, ale także tych nurtów politycznych, które współcześnie powszechnie uchodzą za łagodne, miłosierne i będące podstawą europejskiej tradycji.

Wolność, równość, nienawiść

Rewolucja francuska uchodzi za źródło nowoczesnej demokracji i europejskiej tożsamości, ale w jej trakcie za wiarę życie oddało ponad trzy tysiące kapłanów. Rewolucjoniści mordowali ich, wykorzystując takie dowody przestępstwa, jak znalezienie przy ks. Julienie d’Herville’u „wszystkich środków dla uprawiania fanatyzmu i przesądu: szkaplerz z dwoma medalikami, małe okrągłe pudełko z zaczarowanym chlebem, taśmę, na której był przyczepiony duży krzyż ze srebra, serce wykonane ze srebra oraz kryształowy relikwiarz”. Za to, a także za odmowę bluźnierczej przysięgi, orleański Trybunał Rewolucyjny skazał tego jezuitę na śmierć w roku 1793.

Ks. d’Herville nie jest bynajmniej jedyną ofiarą przemocy rewolucyjnej. Już w 1906 roku papież Pius X beatyfikował okrutnie zamordowane karmelitanki z Compiegne. Te bohaterskie kobiety, których jedyną winą było to, że nie chciały się wyrzec wiary w Jezusa Chrystusa, przewieziono na miejsce kaźni bydlęcymi wozami, a później powieszono na szafocie.

Karmelitanki do końca nie straciły wiary, nadziei i miłości. Gdy stanęły przed szafotem, odśpiewały „Przybądź Duchu Święty”, a także odmówiły swoje przyrzeczenia chrzcielne i śluby zakonne.
Również w okrutnych męczarniach zginęło 547 księży, których skazano na wygnanie do Gujany. Statek, którym mieli zostać deportowani, cumował u wejścia do portu w Bordeaux, jednak nie wypływał. Pozbawieni jedzenia, leków, ściśnięci do granic możliwości, bici i katowani kapłani umierali jeden po drugim. Sześćdziesięciu czterech z nich beatyfikował w 1995 roku św. Jan Paweł II, który podkreślał, że kapłani ci, „na dnie udręki zachowali ducha przebaczenia”.

Wcześniej, bo w 1926 roku Pius XI wyniósł na ołtarze 191 męczenników paryskich, których zamordowano w trakcie gigantycznej rzezi duchowieństwa od 2 do 6 września 1792 roku w Paryżu. Z dokumentacji rewolucyjnej wynika, że zamordowano wówczas tysiąc czterystu duchownych, którzy odmówili podpisania aktów lojalności wobec rewolucji.

Mężczyzn i kobiety wyciągano z klasztorów i rozszarpywano na oczach współbraci. Część z nich została powieszona, ale część straciła życie w wyniku samosądów rozwścieczonego tłumu rewolucjonistów. Ofiary mordu, to też pewna tradycja, zostały pochowane w zbiorowych mogiłach na terenie cmentarza Vaugirard, część z nich wrzucono do studni.

Liczby zamordowanych, utopionych na barkach, skazanych na powieszenie czy ścięcie wandejskich chłopów, których jedyną winą było to, że chcieli zachować wiarę, nawet nie ma co liczyć. Część francuskich historyków otwarcie przyznaje, że Wandea była pierwszym nowoczesnym ludobójstwem, a winą ofiar było to, że nie podobał im się „nowy, wspaniały świat”.

Pełna likwidacja przesądów

I tak już zostało. Znakiem rozpoznawczym budowania nowego, wspaniałego, lewicowego świata, szczególnie w wydaniu rewolucyjnym, stały się szubienice z powieszonymi na nich księżmi. Rewolucja październikowa i budowanie komunizmu w Rosji dokonały się na grobach milionów ofiar, w tym kilkudziesięciu tysięcy księży: prawosławnych, ormiańskich, katolickich, a także pastorów protestanckich.
Prześladowania zaczęły się w momencie, gdy bolszewicy przejęli władzę w Rosji. Już w pierwszym roku zamordowano, niekiedy w bestialski sposób, szesnastu biskupów i prawie trzy tysiące księży prawosławnych.

W programie przyjętym na VIII Zjeździe Rosyjskiej Partii Komunistycznej (bolszewików) w marcu 1919 roku zapisano, że partia chce „pełnej likwidacji przesądów religijnych”. Co to oznaczało w praktyce? Otóż, każdy człowiek religijny uznawany był za kontrrewolucjonistę, a takiego należało zniszczyć.

„Rozstrzeliwania stanowią jedną z form budowy społeczeństwa komunistycznego. Bez masowych represji i rozstrzeliwań nie zbudujemy komunizmu” – głosił bolszewik Michaił Bucharin. I masowo rozstrzeliwano duchownych, a także profanowano kościoły i cerkwie. Świątynie Kremla, Moskwy, miast Jarosławia i Symferopola zostały ograbione. Niektóre zbezczeszczono, zakrystie, historyczne biblioteki patriarchów moskiewskiego i piotrogrodzkiego, obrabowano.
Metropolitę̨ kijowskiego Włodzimierza, około dwudziestu biskupów i setki duchownych zamordowano. Procesje religijne, w których uczestniczyły tłumy wiernych, w Piotrogrodzie, Tule, Charkowie i Siligaliczu, były rozpraszane strzałami z karabinów.

„Tam, gdzie panuje władza bolszewików, Kościół chrześcijański jest prześladowany z większym okrucieństwem niż̇ podczas trzech pierwszych wieków chrześcijaństwa. Zakonnice były gwałcone, ogłasza się socjalizację kobiety i licencję namiętności najwyuzdańszych” – pisali do papieża Benedykta XV biskupi prawosławni z Syberii w liście z Omska datowanym 7 lutego 1919 roku.

Z czasem było tylko gorzej. Duchownych pozbawiono wszelkich praw i uznano za grupę wykluczoną.

Ciało spalono, by nie stało się przedmiotem kultu

Na Kościół katolicki czas przyszedł później. Początkowo cieszył się on względną wolnością. Do pierwszej konfrontacji, od razu bardzo ostrej, doszło w lutym 1922 roku, gdy Rada Komisarzy Ludowych zadecydowała o konfiskacie naczyń liturgicznych i przetopieniu ich na środki konieczne do walki ze sztucznie wywołanym głodem na Powołżu.
Wbrew temu, co może się wydawać, przyczyny uderzenia były fikcyjne, bowiem katolicy i prawosławni chcieli sami przekazać środki na pomoc biednych, ale komunistom nie chodziło o pieniądze, a o pretekst do niszczenia świątyń. W tej sytuacji administrator apostolski archidiecezji mohylewskiej abp Jan Cieplak nakazał duchowieństwu zbojkotowanie tego prawa.

Odpowiedź była krwawa. W grudniu 1922 roku władze Piotrogrodu (a to tam znajdowała się największa wspólnota katolików) zamknęły wszystkie świątynie w mieście. Oddziały bolszewickie wdarły się do kościołów, profanując Najświętszy Sakrament, konfiskując naczynia liturgiczne, wota, a nawet plądrując krypty, w których spoczywały ciała biskupów.

2 marca 1923 r. grupa 15 duchownych z Piotrogrodu z administratorem apostolskim metropolii mohylewskiej abp Janem Cieplakiem otrzymała wezwanie do stawienia się przed Trybunałem Rewolucyjnym w Moskwie. Żegnały ich tłumy. Tuż po przybyciu do Moskwy aresztowano ich, a 21 marca rozpoczął się publiczny proces, który zakończył się po pięciu dniach – skazano ich za zdradę Związku Sowieckiego.

Ostatecznie, jako że w sprawie arcybiskupa interweniował papież, udało się zamienić jego karę na dziesięć lat więzienia, a rok później został on wydalony z kraju. Jednak jego wikariusz generalny ksiądz prałat Konstanty Romuald Budkiewicz został stracony.

Umierał jako męczennik. 31 marca 1923 r., w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego, oznajmiono mu, że jego wyrok zostanie wykonany natychmiast. Kapłan poprosił o kilka minut, a potem został wyprowadzony do piwnicy. Tam poprosił jednego z zabójców, by przekazał wiernym, że pozostał wierny Kościołowi do końca swoich dni. A potem już tylko modlił się po cichu. Zabito go strzałem w potylicę, a ciało spalono, by nie stało się przedmiotem kultu. Jego proces beatyfikacyjny rozpoczął się w roku 2003.
Krew na rękach hiszpańskich republikanów

Uwielbiani przez literaturę republikanie hiszpańscy także mają krew na rękach. W latach 30. prowadzili oni niezwykle brutalne działania wobec Kościoła, które określano mianem czerwonego terroru. W ich trakcie zginęło między 38 a 110 tysięcy osób, głównie katolików, przeciwko którym skierowane były prześladowania. Wśród nich było przynajmniej 6832 duchownych – kapłanów, zakonnic i zakonników. W niektórych miejscach zlikwidowano niemal wszystkich duchownych. Tak było w Barbastro, gdzie zamordowano 123 ze 140 kapłanów.

Warto wspomnieć, a jaki sposób republikanie dokonywali zbrodni. Siostry przed śmiercią były wielokrotnie gwałcone, a później wieszane na własnych różańcach. Kapłanom wbijano krucyfiksy w gardła, a wszystko to na oczach ich matek, które niekiedy także gwałcono na oczach synów. Łaską było zwykłe rozstrzelanie.
Liderzy republikańskiej lewicy podkreślali, że Hiszpania musi spłynąć krwią, a świątynie muszą zapłonąć, by można było zbudować nowy wspaniały świat. I rzeczywiście spłonęły setki świątyń, które wcześniej sprofanowano. W jednej z nich z grobowca wyciągnięto głowę świętego, którą rozgrywano mecz piłki nożnej, gdzie indziej wyciągnięto ciało zakonnicy, by je sprofanować, a w jeszcze innym, po rozstrzelaniu katolików zaczęto układać ich ciała, tak jakby ze sobą kopulowały.

Przed Hiszpanią był Meksyk, gdzie niedługo wcześniej nakazano pozamykać katolickie szkoły i szpitale, a socjalistyczny prezydent zakazał sprawowania kultu. Katolicy chwycili za broń i w 1926 roku wybuchło powstanie. Zawołaniem powstańców było „Niech żyje Chrystus Król!” oraz „Niech żyje Matka Boża z Guadalupe!”

Mordowano ich masowo. Jednak nawet ci, którzy nie walczyli, byli skazywani na śmierć. Ks. Krzysztof Magallanes jedynie wypełniał swoje kapłańskie obowiązki i za to został skazany na śmierć. Przed śmiercią wybaczył swoim oprawcom. „Umieram niewinny, wybaczam z serca tym, którzy przyczynili się do mojej śmierci, i proszę Boga, by moja krew posłużyła jedności moich meksykańskich braci” – powiedział.

Bo usypiali lud

Ofiary komunistów można wymieniać długo. Kapłani, biskupi, zakonnice i zakonnicy ginęli w Polsce, na Litwie, w Czechosłowacji, w Chinach, w Korei Północnej, a także – o czym czasem się zapomina – w Peru. Tam ofiarami lewackiej partyzantki spod znaku Świetlistego Szlaku stali się dwa polscy franciszkanie błogosławieni o. Zbigniew Strzałkowski i o. Michał Tomaszek.
Zabito ich, bo – jak to ujęli komunistyczni partyzanci – „poniżali lud, rozdzielając żywność pochodzącą od imperialistów”, bo „religia jest opium dla ludu”, bo „głosząc pokój i podejmując działania ewangelizacyjne oraz charytatywne, usypiają lud po to, aby masy nie podejmowały zrywu rewolucyjnego”.

W jednym niezbyt długim tekście można opisać tylko niewielką część ofiar, które zginęły za wiarę. Warto pamiętać o nich i o wszystkich innych, którzy padli ofiarą lewicowych ideologii, niezależnie od tego, jakiej barwy była to lewica.

- Tomasz P. Terlikowski
https://tygodnik.tvp.pl/44044279/wiezieni-biskupi-gwal...
Mińsk Mazowiecki Postów: 44075
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 44075
Środa, 6 października 2021 08:09:42
0
0 0
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
Nacinali im skórę za uszami, żeby krew powoli ściekała. Gotowali żywcem w gorących wulkanicznych źródłach

Hideyoshi skazał dwudziestu sześciu katolików na karę śmierci. Oficjalnym powodem nie była jednak wiara w Chrystusa, lecz szpiegostwo na rzecz Filipin.
Historia Ewangeliczna, szczególnie ta, którą przeżywamy w Wielkim Tygodniu, to nie jest tylko wspomnienie. Ona uobecnia się nieustannie w życiu chrześcijan, w życiu chrześcijańskich wspólnot, a czasem narodów. Doskonale widać to w historii ewangelizacji Japonii, której swoistą matrycą jest właśnie Wielki Tydzień.

Czas opisywany w „Milczeniu” Shūsaku Endō Chimmoku (które stało się podstawą znakomitego zresztą filmu Martina Scorsese) stanowi połączony dramat Wielkiego Piątku i późniejszej – przeżywanej w milczeniu właśnie – Wielkiej Soboty. Ale zanim do nich doszło była przecież Niedziela Palmowa, czas triumfu i radości.

Buddyjska sekta chrześcijan

Paradoksalnie tym najlepszym czasem dla chrześcijaństwa w Japonii były pierwsze lata ewangelizacji. Zaczęła się ona krótko po tym, jak do wybrzeży Japonii przybyli portugalscy kupcy. To oni poinformowali misjonarzy o istnieniu kolejnego miejsca, do którego trzeba wyruszyć, a dodatkową inspiracją był samuraj, który – po współudziale w morderstwie – zbiegł z Japonii i nawrócił się na chrześcijaństwo, by potem stać się jego wielkim propagatorem.
Historia misji zaczyna się 15 sierpnia 1549 roku. To wtedy na wyspy przybyli pierwsi misjonarze, którzy błyskawicznie zaczęli odnosić sukcesy. Chrzty w wielu miejscach były masowe, a wiarę przyjmowali nie tylko chłopi, ale także – co z punktu widzenia przyszłości misji o wiele istotniejsze – samurajowie, a nawet arystokracja. Nie brakowało także książąt (a był to czas mocnego rozbicia centralnej władzy w Japonii, co oznaczało, że to oni byli tu najistotniejsi), którzy obiecywali, że na łożu śmierci przyjmą chrzest (niemal jak Konstantyn).

Ale to nie wszystko: budowano także wciąż nowe kościoły, powoływano – za sprawą jezuitów, którzy początkowo mieli monopol na misję w kraju kwitnącej wiśni – seminaria duchowne i tłumaczono święte pisma na język japoński. Wszystko wskazywało więc na to, że w krótkim czasie Japonia stanie się krajem chrześcijańskim, tak jak stały się nim Filipiny.

Nie oznacza to, że nie istniały problemy, że wszystko zawsze szło świetnie. Pierwsi tłumacze misjonarzy posługiwali się językiem, który sugerował, że chrześcijanie są jakąś nową sektą buddyjską, i m.in. dlatego tak ciepło ich przyjmowano.

Istotnym problemem - czego doświadczył choćby św. Franciszek Ksawery, gdy próbował spotkać się z cesarzem w Kioto - były także zupełnie odmienne kody kulturowe. Dla Japończyków ubóstwo, podarte szaty misjonarzy dowodziły raczej ich słabości, niż silnej wiary, i dlatego po jakimś czasie jezuici zaczęli ubierać się – przynajmniej wtedy, gdy kontaktowali się z elitami – zupełnie inaczej, co okazało się skuteczne.
Problemem było także powiązanie misji z interesami. Dla wielu Japończyków misjonarze byli tylko przedstawicielami kupców, a to właśnie interesy były dla nich najistotniejsze. Trudno się temu zresztą dziwić, bo handel – szczególnie jeśli miejscowy feudał miał na niego monopol – był niezwykle opłacalny.

Narażenie się miejscowym bóstwom

Gdy jednak okazywało się, że misjonarzom wcale nie o handel chodzi, i gdy zaczynano opowiadać sobie o tym, że idą oni zawsze jako poprzednicy zdobywców sytuacja zaczęła się pogarszać. 24 lipca 1587 roku ówczesny realny władca Japonii Toyotomi Hideyoshi (jeden z trzech „założycieli państwa”) wydał dekret nakazujący – w terminie dwudziestu dni – opuszczenie Japonii przez wszystkich misjonarzy.

Skąd taka decyzja? Niewiele wskazuje na to, by jej powodem była wiara lub niewiara Hideyoshiego, dla którego liczyła się głównie władza i jej zdobywanie, a nie teologiczne subtelności (choć był człowiekiem niezwykle inteligentnym i potrafił rozprawiać także o teologii czy religii). Wydaje się, że u jej podstaw leżało naruszenie przez chrześcijaństwo struktury społecznej Japonii, u której podstaw leżała feudalna zależność wasala od suwerena.

Niech nas nie mylą te określenia znane z historii naszego kontynentu - w Japonii zależność ta była o wiele głębsza, niż ta, której wymagano w średniowiecznej Europie, nie kontrolowało jej bowiem żadne prawo Boże. Gdy więc owo prawo się pojawiło, gdy samurajowie zaczęli wyznawać, że to Jezus jest ich jedynym Panem, to wielu z feudałów poczuło się zagrożonych.

Można się spierać o to, czy słusznie, ale nie ulega wątpliwości, że był to istotny powód, dla którego Hideyoshi, wymagający od swoich poddanych absolutnego posłuszeństwa, mógł się obawiać Kościoła.

Ale to zapewne nie wszystko. Buddyjscy mnisi, którzy stanowili wówczas elitę społeczną i polityczną też bez szczególnej sympatii spoglądali na rodzącą się konkurencję, a jeśli wziąć pod uwagę, że gorliwi nowonawróceni arystokraci zaczynali często porządki w swoich włościach od niszczenia starszych świątyń buddyjskich i szintoistycznych, to trudno się dziwić, że Hideyoshi mógł chcieć uspokoić rodzące się problemy religijne.
Dla wielu Japończyków oznaczało to narażenie się miejscowym bóstwom, a co za tym idzie ogromne ryzyko. Ale problemem było również rodzące się przekonanie (nie ma znaczenia, czy słuszne czy nie), że katoliccy misjonarze poprzedzają tylko zdobywców, którzy będą chcieli podporządkować sobie Japonię. Ta zaś miała podlegać władzy wyłącznie Hideyoshiego.

Dekret, o którym mowa, choć na jego skutek wyjechała z Japonii część misjonarzy, nie został jednak wprowadzony w życie, a realne prześladowania chrześcijan, od razu bardzo okrutne, zaczęły się dopiero kilka lat później.

Okrutny trzeci szogun

W 1597 roku Hideyoshi skazał dwudziestu sześciu katolików na karę śmierci. Oficjalnym powodem nie była jednak wiara w Chrystusa, lecz szpiegostwo na rzecz Filipin. Jak świadczył jeden z męczenników (czczony także w Polsce) św. Paweł Miki, rodowity Japończyk, ogromna większość z męczenników nie miała nic wspólnego z Filipinami, Portugalią czy Hiszpanią, a ich jedyną winą była katolicka wiara.

Ukrzyżowanie (a taki wyrok na nich wydano) poprzedził przymusowy, liczący ponad 700 kilometrów marsz skazańców z Kioto do Nagasaki. Miejsce kaźni też nie było przypadkowe, bo Nagasaki było wówczas określane mianem japońskiego Rzymu, a egzekucja miała przerazić chrześcijan. Miała, ale nie przeraziła, bo postawa skazańców przyciągała nowych wierzących.

Gdy dwunastoletniemu chłopcu zaproponowano zaparcie się Chrystusa w zamian za darowanie życie, skazaniec stwierdził, że nie będzie rezygnował z życia wiecznego dla doczesnego, które i tak niebawem się skończy. Niesamowite przemowy św. Pawła Mikiego, który – gdyby nie męczeństwo – stałby się pierwszym japońskim kapłanem-jezuitą, nawracały kolejnych ludzi na wiarę w Chrystusa.

A potem było już tylko gorzej. Czasem na krótko sytuacja chrześcijan się poprawiały, ale potem prześladowania się zaostrzały. Nie zmieniła tego także śmierć Hideyoshiego i przejęcie władzy przez Tokugawę (i późniejszych następców z jego rodu). Najgroźniejszy okazał się trzeci szogun Iemitsu (był realnym władcą Japonii - w tamtym czasie cesarz sprawował władzę jedynie symboliczną) z dynastii Tokugawów, który rozpoczął systematyczne prześladowanie i mordowanie chrześcijan.
Od tego momentu mamy już do czynienia z wszystkimi, tak szczegółowo pokazanymi w filmie „Milczenie” torturami: z wieszaniem ludzi na sznurach głową nad fekaliami, z naciętymi naczyniami krwionośnymi za uszami, żeby krew powoli ściekała, z krzyżowaniem, paleniem żywcem, topieniem, wymuszaniem konwersji, także na kapłanach. Nigdy nie zapomnę widoku wulkanicznych, gotujących się źródeł, w których – przed wiekami – gotowano żywcem chrześcijan.

Film Scorsese pokazuje wiele, ale rzeczywistość była o wiele gorsza.

Niepiśmienni chłopi nie piszą eposów

A jednak - choć prześladowania trwały, a posługa kapłańska była już surowo zakazana, do Japonii wciąż przybywali nowi księża i zakonnicy. Jednym z nich był Polak o. Wojciech Męciński. Polski jezuita został schwytany przez ludzi szoguna Iemitsu Tokugawy, ale nie wyrzekł się wiary - został poddany torturom, które spowodowały jego śmierć w 1643 roku.

Zdarzały się historie - takie jak z filmu Scorsese - gdy kapłan załamywał się i wyrzekał Chrystusa (co oznaczało przymusowy ślub z japońską wdową po przestępcy i mieszkanie w kontrolowanej dzielnicy, a także pisanie dzieł antychrześcijańskich), ale ogromna większość z misjonarzy - jak o. Męciński - umierała wybierając męczeństwo. Razem z nimi ginęli japońscy arystokraci, którzy nie chcieli wyrzec się Jezusa, i chłopi, którym wiara przywróciła nadzieję, i nadała godność. Śmierć ponosili także ci, którzy nie wydali sąsiadów chrześcijan, albo pomagali im w ukrywaniu się.

W 1644 roku, gdy zginął ostatni chrześcijański misjonarz zaczął się czas skrywania wiary i milczenia. Przez dwieście pięćdziesiąt lat mieszkańcy chrześcijańskich wiosek co roku musieli deptać wizerunek Jezusa czy Maryi, uczęszczać przymusowo do świątyń buddyjskich, a jeśli uznani zostali za chrześcijan, byli w okrutny sposób mordowani. Oni i ich najbliżsi.

Ale myliłby się ten, kto sądziłby, że oznaczało to koniec chrześcijaństwa w Japonii. Kościół przetrwał tam w absolutnej konspiracji. Wierni brali udział w obrzędach buddyjskich, ale potem pokutowali, i w ukrytych pomieszczeniach, a czasem nawet w kapliczkach wyglądających jak buddyjskie czy szintoistyczne, odmawiali różaniec (to akurat był przedmiot „bezpieczny”, bo na sznurach modlitewnych modlą się także buddyści).

Nic wówczas nie było takie, jak się wydawało. W wielu chrześcijańskich domach czczono Marię Kannon, czyli wizerunek Boddhisatwy z buddyjskiej Szkoły Czystej Krainy jako symbol współczucia i miłosierdzia - przedstawiany jako kobieta z dzieckiem na kolanach, przypominający Najświętszą Maryję Pannę.
Najistotniejsze jednak było to, że chrześcijanie skrywający swoją religijną tożsamość, przekazywali wiarę innym, chrzcili, uczyli modlitw (po łacinie, w języku dla Japończyków całkowicie niezrozumiałym). I tak przez dwieście pięćdziesiąt lat. Bez kapłanów, bez ludzi wykształconych, w nieustannym ukryciu.

Niewiele wiemy o tamtych latach, przetrwały szczątki wiedzy o wypędzanych z jednych do drugich miejsc ludziach, i o tym, jak nigdy nie mogli być pewni swojego losu. Niepiśmienni chłopi pozbawieni wszelkich praw nie piszą własnych eposów.

Słaby, ale fascynujący

A jednak po tym okresie zstąpienia do piekieł nadszedł czas zmartwychwstania.

Tokugawowie całkowicie zerwali relacje ze światem zewnętrznym i wprowadzili reżim prawdziwie totalitarny, nawet jak na standardy japońskie. Ale w połowie XIX wieku Japonia wychodzi (pod naciskiem Zachodu) z okresu izolacji, i do Kraju Kwitnącej Wiśni powracają misjonarze.

Tym razem nie jezuici, ale księża z Paryskiego Towarzystwa Misji Zagranicznych. I to właśnie do jednego z nich ojca Bernarda Petitjeana, który w 1865 roku wybudował w Nagasaki kościółek pod wezwaniem 26 japońskich męczenników, zgłosiła się grupa miejscowych. Zadali mu trzy pytania: czy nie ma żony, czy czci Matkę Bożą i czy jest w jedności z Białym Ojcem - aby sprawdzić czy nie jest protestanckim pastorem. Gdy wszystkie trzy odpowiedzi były twierdzące, wyznali mu, że są japońskimi katolikami, którzy przez wieki przetrwali w absolutnym osamotnieniu i izolacji.

Okazało się, że takich jak oni było w Japonii ponad 60 tysięcy. Papież Pius IX mianował o. Petitjeana wikariuszem apostolskim Japonii i biskupem tytularnym Myriophylensis. 21 października 1866 otrzymał sakrę biskupią.
Jednak, spośród wspomnianych 60 tys. japońskich ukrytych chrześcijan tylko połowa wróciła do katolicyzmu. Dla części z nich niezrozumiałe były zmiany, które zaszły w Kościele od czasów, gdy ich przodkowie się nawrócili.

Czy można zakończyć ten tekst optymistycznym stwierdzeniem, że krew męczenników przyniosła mocny posiew w Japonii, że udało się zrealizować to, czego pragnął św. Franciszek Ksawery? Niestety, nie byłaby to prawda. Kościół w Japonii jest słaby, obejmuje zaledwie pół procenta Japończyków.

Ale pomimo tego fascynuje. Trudno nie patrzeć z podziwem na potomków ludzi, którzy przetrwali prześladowania. Także modlitwa w miejscach, gdzie umierali męczennicy za wiarę, to uczucie szczególne. Japoński Kościół ma jeszcze swoją misję do wypełnienia. I wypełni ją, gdy przyjdzie jego czas.

https://tygodnik.tvp.pl/36540473/nacinali-im-skore-za-...
Żabodukt Postów: 53261
kumak
Żabodukt, postów: 53261
Środa, 6 października 2021 10:05:41
-1
0 -1
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
Antyeuropejski kurs rządu Prawa i Sprawiedliwości nie budzi wątpliwości. Władza ignoruje nie tylko wezwania, by przestrzegać fundamentalnych zasad naszej wspólnoty, ale też wyroki TSUE. Nakręca coraz ostrzejszą antyunijną propagandę, coraz głośniej mówi o polexicie. Czy to szaleństwo da się zatrzymać? https://wyborcza.pl/7,178571,27604124,jak-zatrzyma...
Mińsk Mazowiecki Postów: 44075
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 44075
Środa, 6 października 2021 12:15:06
0
0 0
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
a każdy komuch wygląda tak :
Post edytowany
Załączone materiały graficzne widoczne są dla zalogowanych użytkowników
MIńsk Mazowiecki Postów: 2207
Zagłoba
MIńsk Mazowiecki, postów: 2207
Środa, 6 października 2021 13:13:06
-1
0 -1
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
I obecnie obleźli wszystkie zarządy SSP?
I rwą kasę bez białych rękawiczek?

A ile lat ma taki teoretyczny komunista i ile miał lat jak komuna padła?

Tak pisdeusze pieprzą i pieprzą...
Post edytowany 2 razy
MIńsk Mazowiecki Postów: 2207
Zagłoba
MIńsk Mazowiecki, postów: 2207
Środa, 6 października 2021 13:31:00
-1
0 -1
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
Kto o małych rączkach nie płaci za projekty?
Mińsk Mazowiecki Postów: 44075
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 44075
Środa, 6 października 2021 14:22:29
0
0 0
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
magistrat w MM ?
Żabodukt Postów: 53261
kumak
Żabodukt, postów: 53261
Środa, 6 października 2021 14:48:45
-1
0 -1
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
Janusz Kowalski chce zmieniać hymn Polski. Zapomniał słów
- Jestem zestresowany - rzucił poseł Solidarnej Polski Janusz Kowalski, gdy dziennikarz TVN24 Radomir Wit dopytywał go o treść drugiej i trzeciej zwrotki hymnu Polski. Wcześniej polityk zadeklarował, że popiera propozycję Ministerstwa Kultury o zamianie zwrotek Mazurka Dąbrowskiego. https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/janu...
Mińsk Mazowiecki Postów: 44075
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 44075
Środa, 6 października 2021 16:08:39
0
0 0
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
wy kumacz też nie znacie języka polskiego
Postów: 3897
Zolnierz
postów: 3897
Środa, 6 października 2021 17:59:37
+1
+1 0
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
POdobnie jak dziennikarz polskojęzycznej szczujni- ONET.
Żabodukt Postów: 53261
kumak
Żabodukt, postów: 53261
Środa, 6 października 2021 20:40:39
-1
0 -1
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
a prawakom kopary opadły i bredzą nie o Kowalskim polskim pisowskim patriocie, który jak Kaczyński nie zna hymnu Polski ,tylko o kumaku
Post edytowany
Mińsk Mazowiecki Postów: 1702
Totamto
Mińsk Mazowiecki, postów: 1702
Środa, 6 października 2021 21:14:58
+1
+1 0
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
Jaricha

https://niezalezna.pl/humor/7385-jachira
Post edytowany
Mińsk Mazowiecki Postów: 44075
sailor
Mińsk Mazowiecki, postów: 44075
Czwartek, 7 października 2021 07:27:57
0
0 0
+ -
Tylko dla zalogowanych użytkowników
"Europa" Themersonów. Na premierę film czekał... 70 lat

Światowa premiera zaginionego w czasie II wojny światowej i odnalezionego po prawie 70 latach awangardowego filmu "Europa" Franciszki i Stefana Themersonów odbyła się podczas rozpoczętego w środę Londyńskiego Festiwalu Filmowego
"Europa" to zrealizowany w latach 1931-32, trwający 12-minut, niemy film, który powstał w oparciu o pochodzący z 1929 r. poemat Anatola Sterna pod tym samym tytułem, uważany za jedno z najważniejszych dzieł międzywojennej awangardy literackiej.

Franciszka i Stefan Themersonowie, będący czołowymi postaciami polskiej awangardy międzywojennej, użyli w przy realizacji filmu szereg nowatorskich - zwłaszcza jak na początek lat 30. XX wieku - zabiegów, takich jak wykorzystywanie odwróconych zdjęć poklatkowych, negatywów, zdjęć archiwalnych, animacji przedmiotów i wielokrotnej ekspozycji. Oprócz warstwy wizualnej ważną rolę w "Europie" odgrywa również wymiar społeczno-polityczny, bo film jest głosem sprzeciwu wobec pojawiającego się wówczas na horyzoncie w Europie faszyzmu.

Przez kilkadziesiąt lat uważano, że "Europa" zaginęła w zawierusze wojennej. Negatyw miał być w Warszawie w domu przy ul. Królewskiej, który spłonął w czasie wojny, a druga kopia w laboratorium w Paryżu, z którego Niemcy wszystko wywieźli - i jak przypuszczano - zniszczyli ją. Sam Stefan Themerson mówił o filmie, że "prawie na pewno nie istnieje".

Tymczasem w 2019 r. film został odnaleziony w niemieckich archiwach Bundesarchiv dzięki staraniom berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego, który prowadzi digitalizację ważnych dla polskiej historii dokumentów.

"To pokazuje, jak bardzo potrzebne było powstanie Instytutu Pileckiego i jego placówki w Berlinie. Właśnie w ten sposób chcemy budować długofalową politykę historyczną, która w tym wypadku nie tylko uzupełnia luki ciągłości historycznej Polski, ale także odkrywa i przywraca do międzynarodowego obiegu dobra kultury, bardzo cenne z perspektywy ogólnoeuropejskiej"

– oświadczyła wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego Magdalena Gawin.

"To, że film został odnaleziony to nie jest przypadkiem, bo jednym z zadań Instytutu Pileckiego w Berlinie jest digitalizacja archiwów, w celu udostępnienia ich dla badaczy. Na początku główna uwaga była położona na archiwa akt, ale ja dołączyłam do zespołu, aby zająć się archiwami filmowymi"

- mówi Anna Bobczuk, która jest bezpośrednio odpowiedzialna za odnalezienie "Europy". Wskazuje, że odkrycie jest też zasługą szefowej berlińskiego oddziału Instytutu, Hanny Radziejowskiej, gdyż to ona nalegała, by sprawdzić, czy w Bundesarchiv nie ma jakiegoś zaginionego dzieła polskiej kinematografii.

"Moment, w którym znaleźliśmy +Europę+ to był mój pierwszy, lub drugi tydzień pracy w Bundesarchiv. Samo jej znalezienie nie było trudne, bo ona była dobrze opisana i udokumentowana w bazach danych, ale na początku nawet nie wierzyłam, że to ta +Europa+ z 1932 r. Dopiero jak obejrzeliśmy ją, to mieliśmy pewność, że to faktycznie ten film, który od lat był uważany za zaginiony. Uważamy, że jest to kopia pochodząca z laboratorium w Paryżu, którą Themerson zdeponował tam wraz z innymi swoimi filmami"

- opowiada Anna Bobczuk, która była obecna na londyńskiej premierze.

Odnaleziony film został odrestaurowany cyfrowo przez warszawską firmę Fixafilm, został też wzbogacony o ścieżkę dźwiękową autorstwa kompozytora Lodewijka Munsa. Polska premiera odbędzie się 15 października w warszawskim kinie Iluzjon.


Źródło: niezalezna.pl, PAP
https://niezalezna.pl/413819-europa-themersonow-na-p...

Zaloguj się aby uczestniczyć w dyskusji oraz uzyskać dostęp do większej ilości wątków na tym forum.

Aktualności

OK