Zaloguj

swoją drogą

 

Polonia Frustrata (2010-10-26)


Polonia Frustrata

           Czy zdarzyło Wam się słyszeć, że „nie da się przeżyć życia na skróty? Od rodziców, nauczycieli w szkole czy innych starszych, lub bardziej doświadczonych życiowo?  Wszyscy oni starają się przygotować nas na  trudy życia, a może już do początku próbują przyczepić nam plakietkę męczennika, Syzyfa, który z dnia na dzień, toczy pod górę swój głaz, mimo przeświadczenia o nieuchronnej porażce? Być może to stanowi istotną zmienną naszej narodowej cechy - malkontenctwa. Wprost uwielbiamy na wszystko narzekać, niejednokrotnie przy tym, uzurpując sobie prawo do posiadania świętej racji w każdej sprawie.

          Takie wrażenie odniosłem niedawno, słuchając wypowiedzi pana Jarosława K. Sprawa zabójstwa w łódzkim PiSie, jakkolwiek bez precedensu, z marszu stała się narzędziem w rękach prezesa, jak i całą linią obrony w partii. Obrony, którą w terminologii piłkarskiej, nazwać by można bardzo wysoko założonym pressingiem. Jak zręcznie można wykreować z siebie ofiarę, jednocześnie stawiając naszego napastnika pod ścianą? Chapeau bas, jednak co do samych wystąpień pana K., nie mogłem uwolnić się od wrażenia, że próbuje on wpłynąć na moje myślenie, narzucić swoją logikę, prowadzącą prostą drogą do jedynej prawdy objawionej, prawdy w jego mniemaniu bezczelnie przez wszystkich zakłamywanej, wykrzywianej i negowanej.

          Podczas całego środowego przemówienia, nie została nam przekazana opinia szefa poszkodowanej partii, a kolejna porcja prawd, której nigdzie indziej, jak z ust prezesa nie uświadczymy. Przesadzam? Proszę zauważyć, że w czasie całego wystąpienia, bodaj ani razu nie padło stwierdzenie „Moim zdaniem...", „W moim przekonaniu...", lub „Według mnie..." - zatem nie był to punkt widzenia strony, pan Jarosław zwyczajnie wylał z siebie kilka prawd kardynalnych, uzasadnionych logiką, opartą w dużej mierze na domysłach i podejrzeniach.

          Piłka znów jest po stronie prezesa, który rozgrywa ją iście koncertowo. Nawołuje do uspokojenia tonu wypowiedzi w polskiej polityce, w ostrych słowach piętnując wszystkich potencjalnych krytykantów - to jakby wytrącić miecz rąk przeciwnika. Łódzkie zabójstwo stało się więc mocna kartą w grze o kreowanie z siebie ascetycznego świętego, pozycji ze strategicznego punktu widzenia, niezwykle wygodnej. Bo tu jak atakować świętego?

          W tej całej sytuacji politycy, bez względu z jakiej opcji ideowej się wywodzą, zgodnie głoszą apel o obniżenie temperatury medialnego sporu. Jednak tego typu wypowiedzi brzmią, jak tabliczki „Szanuj zieleń!" na niektórych miejskich skwerach - ładnie i poprawnie wyglądają, ale mało kto zmierza się do nich stosować. Gorsze, że część z naszych szanownych wybrańców narodu postanowiło przerzucić część winy za swoje słowa i gesty na media, ba, niektórzy nawet, pośrednio winą obarczają opinię publiczną, bo rzekomo  „nie sprzeciwiła się takiemu poziomowi debaty publicznej" - wstyd, jak trudno niektórym zwyczajnie przyznać się do błędu!

          Dawniej, gdy dla przedstawicieli społeczeństwa oprócz moralności, i to nie tej, wytykanej drugiemu, liczyła się, zapomniana zupełnie dziś wartość, jak honor, podobne sprawy rozwiązywano poprzez pojedynki. Gdy ktoś dopuścił się oszczerstwa, bądź szkalowania drugiego, ten żądał satysfakcji. Wówczas, jak w czasach wiktoriańskiej Anglii, dwóch dżentelmenów pojawiało się w długich płaszczach i wysokich kapeluszach bladym rankiem na mglistej polanie za miastem. Od swojego sekundanta dostawali rewolwer z jedną tylko kulą, stawali do siebie plecami, dziesięć kroków i bum! Aż bieli koszuli któregoś z jegomości nie ozdobiła kałuża krwi, a z pobliskiego drzewa nie porwało się do lotu stado kraczących wron.

          Problemem takiego rozwiązania w dzisiejszych czasach byłyby na pewno względy finansowe. Przy obecnym zacietrzewieniu niektórych parlamentarzystów, wykorzystanie pojedynków na śmierć i życie, wiązałoby się z dość częstymi, przedwczesnymi wyborami, a to przecież niemałe koszty!

          Czy wrodzony malkontentyzm wypacza nam ocenę rzeczywistości, czy odwrotnie, jest on empirycznie wypracowanym światopoglądem? Co było pierwsze, jajko czy kura? Społeczeństwo narzeka na polityków, politycy na media, media na polityków. W tych całych igrzyskach, łatwo zapomina się o zamordowanym przez obłąkanego szaleńca, niewinnym człowieku i jego pogrążonych w żałobie bliskich. Jakie to Polskie!

          Swoją drogą... Wielu komentatorów życia publicznego zadaje sobie pytanie, czy ta sprawa poskutkuje poprawą jakości naszego życia politycznego. Odpowiedź jest gorzka i oczywista - nie. Dopóki sami politycy zamiast przerzucać się nawzajem ciężarem winy sami nie okażą skruchy, nic się nie zmieni, a przecież okazji do tego było wiele. Najbardziej znaczącym katharsis, miała być katastrofa 10 kwietnia, która w konsekwencji doprowadziła tylko do dalszej eskalacji polsko - polskiej wojny, w której doczekaliśmy się pierwszych, realnych ofiar.

          Trochę przygnębiający i wybitnie polityczny był ten odcinek „Swoją drogą..." jednak, jak widać na co dzień, tak zwana „wielka polityka" dotyka znacząco naszą codzienność. Na pewno również w Waszych domach, nie raz żywo toczy się burzliwa rozmowa na tematy poruszane na ekranach telewizji informacyjnych. Z pewnością sami macie wyrobione zdanie na te tematy, możecie się nimi podzielić z innymi! Jeszcze za pośrednictwem mejla, pod stałymi adresem mi_golebiowski@wp.pl oraz m.golebiowski@minskmaz.com, a już niedługo, jak obiecywałem, również poprzez komentarze.


Pozdrawiam!