Historie bez finału
Każda dobra historia rządzi się prostymi prawami. Jest wprowadzenie, rozwinięcie, finał i zakończenie. Niezależnie, czy mamy do czynienia z powieścią, filmem, czy spektaklem. Historia znacznie traci na swojej atrakcyjności, kiedy któryś z wyżej wymienionych elementów zostanie zaburzony. W dzisiejszym świecie, najczęściej dochodzi to niebotycznego wręcz rozwlekania rozwinięcia, po którym, zwykle nadchodzi niewspółmiernie słaba puenta. To zwykle dlatego, po przeczytaniu, usłyszeniu czy obejrzeniu takiej historii czujemy związany z nią niedosyt. Podobnie w życiu. Kiedy otwieramy się na nowy rozdział, pokładamy w nim wielkie nadzieje. Ten kredyt marzeń i oczekiwań przydaje się przy brutalnym spotkaniu naszych idei z twardą rzeczywistością - daje nam siłę i wiarę, że przecież musi być lepiej. Gorzej, gdy realne perspektywy ulegają wyczerpaniu, a my zostajemy z pustymi hasłami zapisanymi entuzjastycznie niegdyś, na barowej serwetce, i z ironicznym uśmieszkiem od losu.
Tak mnie jakoś ostatnio naszło, na odświeżenie sobie pierwszego sezonu dr House'a. Serialu, który, według wielu obserwatorów życia publicznego, odcisnął największe piętno w popkulturze ostatniej dekady. Właściwie co o tym zaważyło? W końcu seriale o szpitalach i lekarzach funkcjonowały w telewizji od dziesięcioleci. Fenomenem tej historii było inteligentne odejście od utartych schematów, a motorem napędowym - charyzmatyczny i kontrowersyjny główny bohater. Budzący skrajne emocje, ale nie mogący zostać niezauważonym, podziwiany jawnie, bądź skrycie, tajemniczy.
Niedawno rozpoczęliśmy już siódmy sezon z ekscentrycznym Grzegorzem Domem w roli tytułowej. Porównując ostatnie części z odcinkami dawnym, nie mogę uwolnić się od wrażenia, że oglądam całkiem inny serial. Tajemnica uleciała, dowcip cofnął się do poziomu liceum, kontrowersja i charyzma zostały głęboko w szafie, razem z pomiętymi koszulami, obciachowymi adidasami i durną telenowelą, które były wizytówką dawnego House'a.
Mimo to, widownia serialu nadal utrzymuje się na wysokim poziomie. Jednak, czy uciekanie od jakości i oryginalności w stronę taniej, popkulturowej komerchy, bazującej w dużej mierze już tylko na reklamie jest fair wobec odbiorców? Czy twórcy, idąc na łatwiznę, liczą na krótka pamięć widzów i lojalność wobec ekranowych ulubieńców, a może zabrakło im już pomysłów na kontynuowanie serii? Rynek jest brutalny a jego działania podyktowane kasą. Widz nie jest skomplikowany, chce House'a, choć byłby to tylko koślawy substytut postaci, którą kiedyś pokochał.
Finałów tej historii, można się naliczyć co najmniej kilka. Jednak za każdym razem twórcy nie zdecydowali się, aby za tym finałem, szło jakieś godne zakończenie. Wydaję mi się, że szansę na to już stracili.
Podobnie bywa z nami. Czasem nie mamy odwagi położyć grubej kreski nad czymś, z czym wiązaliśmy naiwne nadzieje, trzymając się jedynie iluzorycznego przeświadczenia, że to nie może się tak zakończyć. Niestety, większość historii z życia wziętych nie doczekuje się swoich błyskotliwych puent. Te, które mają szczęście, z czasem, niekiedy po latach, doczekują się swojego ciągu dalszego, jednak, gro z nich umiera śmiercią naturalną, do końca wierząc w swój wielki, brodwayowski finał. Jak w słynnej piosence Perfectu - „Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść, niepokonanym". Jednak, kiedy niepokonanym już się nie da, to warto chociaż w taki sposób, żeby siłą nie musieli nas z niej ściągać, lub co gorsza, gdy nie będzie dla kogo grać.
Dlatego warto czasem zakończyć pewne sprawy na własnych warunkach, póki nie jest za późno, aby za jakiś czas, bez niepotrzebnego niesmaku, móc przynajmniej sobie mile powspominać.
Swoją drogą... Pewien polityk stwierdził, że prawdziwego mężczyznę, poznaje się nie po tym, jak zaczyna, a po tym, jak kończy. Cóż więc warci są ci, którzy odchodzą po cichu i w zapomnieniu? Życie nie znosi próżni, a każdy koniec jest początkiem czegoś nowego. Zatem nauczeni doświadczeniem, z odpowiednią determinacją i odwagą będziemy mogli stworzyć całkiem nową historię, już we właściwych proporcjach.
Życie pisze najbardziej zaskakujące scenariusze. Dużo bardziej niezwykłe, a przy tym bliższe normalności, niż jakikolwiek serial. Nadal czekam na Wasze opinie, uwagi i wskazówki, od dziś co tydzień! Z poniedziałku, wedle możliwości, czekać na Was będzie świeży, jak kajzerka z rana, pikantny jak sos tabasco i zabawny, jak kot grający na pianinie, nowy odcinek „Swoją drogą..." Aby dodatkowo uatrakcyjnić kącik, w niedalekiej przyszłości postaram się od dołożenie funkcji komentarzy, pod każdym nowym tekstem. Jednak na razie, zachęcam do korespondencji drogą mejlową, pod stałymi adresami mi_golebiowski@wp.pl oraz m.golebiowski@minskmaz.com.
Pozdrawiam!