Zaloguj

swoją drogą

 

Śmiesznie, że aż strasznie (2011-12-10)


 

           W kraju nie może być tak źle, jak trąbią media, skoro opozycję stać na tak banalne zajęcia, jak organizowanie kolejnych marszy, jątrzenie karą śmierci, trybunałami, lub innymi iluzorycznymi z punktu widzenia państwa problemami. Nie może być tak źle, bo jak pokazuje historia, kiedy czasy były ciężkie, nawet nasz pieniaczy grajdołek potrafił się jakoś zjednoczyć przeciwko zewnętrznemu wrogowi. Nie taki kryzys straszny, jak go w Europie malują? A może Polacy stracili instynkt samozachowawczy?

Sporo wody w Srebrnej upłynęło od ostatniego odcinka „Swoją drogą", choć tematy piętrzyły się jeden przez drugiego. Wybory, sprawa krzyża, trawki, co kto ma poniżej pasa, marsze i kontrmarsze - farsa, jakiej nie powstydziłby się sam mistrz Mrożek. Mistrzów, z resztą, jak i innych zacnych figur, nie brakowało. Objawił się bowiem mesjasz na lewicy, oraz nowy zbawca prawicy. Trwoga za gardło łapie na takie nagromadzenie cudów.

Jednocześnie wszystko jest jakby takie samo. Nowy - stary rząd rządzi, ale zamiast obiecywać nową Irlandię, Japonię, lub choćby Nowy Sącz, zapowiada nowe podatki i późniejsze emerytury - no przecież kryzys. Jednak, jako zdeklarowany optymista, ufam władzy. Wierzę, że jak mówi, że obniży podatki, to mówi, jak natomiast mówi że je podniesie, to podniesie.

Niezmienna jest również opozycja. Cokolwiek nie wymyśli rząd - zdeptać, opluć i powiedzieć, że to wyraz skrajnego serwilizmu i zaprzaństwa, lub, w najlepszym wypadku - działanie niedemokratyczne. No bo, w końcu, co to za demokracja, co pozwala jednej partii rządzić przez dwie kadencje, odbierając reszcie całą radochę z władzy - gdzie tu prawo, gdzie sprawiedliwość?!

Utknięcie w opozycyjnych ławach może być frustrujące. Spędza się w sejmie całe dnie i głosuje nad rządowymi projektami ustaw - przeciw, przeciw, przeciw! Nic dziwnego, że niektórym takie siedzenie się znudziło.

Postanowili się więc przejść - zdrowo, więc inicjatywa godna pochwały. Nie wolno zapominać, że politycy to jednak taki gatunek, który po wyjściu z parlamentu wcale nie ma zamiaru przestać politykować. Na takiej właśnie przechadzce, zorganizowanej w Święto Niepodległości, mieli oni nieszczęście spotkać się z innymi spacerowiczami, z którymi, niestety, poza zamiłowaniem do ruchu na świeżym powietrzu, łączyło ich niewiele.

Nie jest tajemnicą, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy różne zdania i kłótnia. Jak jeszcze dołączy do tego jakiś Niemiec, jak to było w przypadku jednej ze spacerujących stron - zadyma nieunikniona. Nie zraziło to wcale dzielnych politycznych piechurów, którzy już planują kolejne przechadzki. 13-go grudnia, w trzydziestą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, stołeczne ulice zapewne znów wypełnią się promotorami sportowego spędzania wolnego czasu. Niektórzy manifestować to będą całkiem otwarcie - w dresach i futbolowych szalikach, choć pewnie nie zabraknie też mniej zaawansowanych, ale nie mniej chętnych i ambitnych.

Na swoistą formę wysiłku fizycznego, jaką jest odejście z łona PiSu, zdobyli się Solidarni Polacy. Wywołało to pewne zaskoczenie, zwłaszcza, że przywódcą rokoszu był Zbigniew - uważany dotąd za postać zrodzoną z samego ziobra prezesa.

Nie może być tak źle w kraju, gdzie opozycja, zajęta jest rozmnażaniem i spacerami, podczas gdy reszta Europy wieszczy kasandryczne wizje przyszłości kontynentu.                

Jednak nietaktem byłoby niezauważenie wkładu opozycji w sprawy europejskie.  Na pochwałę zasługuje przede wszystkim refleks w sprawie berlińskiego wystąpienia ministra Radka Sikorskiego. Przemówienie w którym ów minister, krótko mówiąc - stwierdził fakt, że Niemcy są najmocniejszym krajem w Unii, powinny więc pokierować jej ratowaniem poprzez ściślejszą integrację, zostało przez prawą stronę sceny politycznej odebrane za zrzeczenie się suwerenności i niemal hołd lenny. Stąd szybki wniosek o Trybunał Stanu - w końcu, jeśli nawet Herr Radek nie powiedział nic, co kwalifikowałby się pod sąd, to na pewno przecież pomyślał.                

Z lekcji historii pamiętam, że Polacy w obliczu kryzysów i zagrożeń potrafili się zjednoczyć dla dobra kraju. Czasem, rzeczywiście -  rozumu nabieraliśmy dopiero po szkodzie, jednak na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat udowodniliśmy, że potrafimy się mobilizować i działać także zawczasu. Czy kilka ostatnich lat dobrobytu uśpiło naszą narodową przezorność?                

Swoją drogą... Może jest zupełnie na odwrót. Może kryzys to taka przebiegła potwora, co żywi się na strachu w nią wierzących? Natomiast to, że wolimy toczyć nasze wojenki sprawia, że widmo nie ma u nas takiej siły rażenia. Może. Państwa jednak upadają i to jest fakt. Grecja już leży, nad przepaścią wiszą Włosi, Hiszpanie i Węgrzy. Oni teraz poważnie martwią się swoją suwerennością. Z naciskiem na: poważnie. To ja podziękuje za ten Budapeszt.

...Miało być śmiesznie, a wyszło strasznie, prawie jak w tym rosyjskim przysłowiu.

Jak zawsze zachęcam do odwiedzania facebookowego profilu „Kącik felietonowy SD" gdzie oprócz komentowania, możecie żywo dyskutować na tematy nie tylko polityczne. Już teraz zapraszam na kolejny odcinek z cyklu Swoją droga, jedynie na portalu minskmaz.com!

Pozdrawiam!