Zaloguj

swoją drogą

 

Pole Bitwy (2010-07-15)


 

 

Pole Bitwy

     Patrząc z perspektywy wakacji i kilku dni bez tego całego szumu informacyjnego, chyba straciłem czujność. Niewiedza jest stanem błogości, a błogość nastraja pozytywnie i łagodzi obyczaje. Złagodniałem do tego stopnia, że wracając do brutalnego świata zapomniałem założyć mocną gardę, podczas, gdy rzeczywistość, bez najmniejszego ostrzeżenia przypuściła zmasowany atak.

 

Porównania do walki, są tu jak najbardziej na miejscu, bo nasz, umęczony ostatnio upałami kraj, coraz bardziej przypomina właśnie jedno wielkie pole bitwy.

 

 

Po pierwsze:  Pole Zwycięzców.

 

     Zakończyły się wybory. Wygrał, zresztą, jak przewidziałem ostatnio, któryś z panów K. Wygrał, bo zgodnie z regułami tej gry, otrzymał więcej krzyżyków przy swoim nazwisku. Wydawałoby się, ze sprawa zamknięta - nic bardziej mylnego! To do nas, Polaków nie podobne, ba, nie przystoi żeby temat ten tak zostawić. Szybko znaleźli się tacy, którzy za największego wygranego wyborów, uznali kandydata z drugiego miejsca na podium do wyścigu o Pałac przy Krakowskim Przedmieściu. Przecież w tak krótkim czasie, zdołał się pozbierać, zgromadzić sztab i z polityka obdarzanego przez społeczeństwo największą nieufnością, zamienił się w męża stanu, który niemal otarł się o prezydencki fotel. „Zmienił się!" „Zgromadził poważny elektorat na przyszłoroczne wybory parlamentarne - a przecież o to mu głównie chodziło" - Heureka! Nareszcie rozumiem - teraz wiem, że najlepszym sposobem na zdobycie teki premiera, jest prawie wygranie w zawodach prezydenckich! - to takie proste. Dobrze zatem, że broń Boże, nie wygrał, bo cały misterny plan by się rypnął. Według wielu, wygrał też Grzegorz ze Szczecina, bo zamiast przewidywanych marnych pięciu, zdobył trochę mniej marne trzynaście procent poparcia. Dzięki temu, plamy wielkiej nie dał i mógł sobie pozostać szefem wszystkich szefów, przynajmniej po lewej stronie sejmowych ław.

 

Swoją drogą... Współczuję korespondentom zagranicznych stacji telewizyjnych i agencji prasowych, którzy, w świetle tych wszystkich informacji, musieli przekazać relacje z naszego narodowego, wyborczego grajdołka.

 

 

Po drugie:  Pole Grunwaldzkie.

 

     Krzyżacy znów zagrażają Rzeczypospolitej! Na szczęście, na polach pod historycznym Grunwaldem już do tygodni stacjonują wojska nasze i Księcia Witolda! Na sześćsetlecie konfrontacji, której samo historyczne znaczenie było niewspółmiernie małe, do rozmiarów propagandy i legendy, w jaką to wydarzenie zmieniono, zjechało dziesiątki, a w sam dzień inscenizacji bitwy, spodziewane są setki tysięcy miłośników średniowiecza. Hasło „Grunwald" porusza nie tylko historyków, już od dawna przestało ono być tylko nazwą mazurskiej wsi - to narodowy symbol. W końcu ile mamy w swojej, już ponad tysiącletniej historii powodów do świętowania z tak wdzięcznej okazji, jak zlanie jakiś Niemców? Nie mniej jednak szykuje się niezła impreza, szkoda tylko, że ze z góry wiadomym finałem.

 

Swoją drogą... Nie przesądzał bym tak jeszcze całkiem wyniku tegorocznej bitwy. W końcu w ferworze walki komuś pomylić mogą się proporce, ktoś pójdzie nie w tą stronę... Na szczęście obecnie nie ma już znaczenia, Polak, Niemiec, czy Litwin - wszyscy żyjemy w zjednoczonej Europie, więc tak, czy siak, wygrają nasi!

 

 

Po trzecie:  Pole Warszawskie.

 

     Pod koniec czerwca, w podwarszawskim Modlinie ruszyły zdjęcia do kolejnej Polskiej historycznej superprodukcji „Bitwa Warszawska 1920". Niektóre rzeczy są niezmienne - jeżeli kręcimy kolejną narodową superprodukcję, to jej reżyserem najprawdopodobniej będzie Jerzy Hoffman, a jedną z głównych ról grać będzie Daniel Olbrychski. W tym przypadku jednak, uwagę przykuwa pewna nowość. Film ten bowiem, ma być nakręcony w technologii 3D! Liczę jednak, że oprócz wykorzystania prekursorskich technologii, film urzekał będzie treścią, że zerwie z pompatycznym, pomnikowym przedstawieniem, wydarzenia bądź co bądź niebagatelnego dla historii całego naszego kontynentu. Chciałbym jednak móc obejrzeć coś więcej niż historyczna inscenizację - coś z przekazem uniwersalnym i nie sztampowym. Szybko jednak musiałem otrząsnąć się z resztki złudzeń. „Film, a w przyszłości mini serial telewizyjny traktujący o bardzo ważnych wydarzeniach historycznych będzie rocznicowo, wielokrotnie emitowany na różnych polach eksploatacji. Żywot filmu, będzie tym samym bardzo długi." - głosi oficjalna strona filmu. Niestety, z tego opisu wygląda, że będzie to po prostu kolejna żelazna pozycja ramówki telewizyjnej każdego większego święta - ale czy coś ponad to? Przekonamy się...

 

Swoją drogą... Może się czepiam, ale czy nie można by wymyśleć dla tej superprodukcji jakiegoś tytułu, który nie brzmiałby jak nazwa audycji historycznej? Już rozumiem adaptacje książek - tam chodzi o to, żeby chociaż tytuł pokrywał się z tym, co jest w między okładkami, ale tutaj? Litości...

 

     Jak zawsze przypominam o kontakcie do mnie! Piszcie o wszystkim, co Was boli, mierzi, przeszkadza, z czym się zgadzacie, a co jest dla Was nie do przyjęcia w otaczającym świecie. Absurdy i paradoksy czyhają na każdym rogu, czasem nawet nie trzeba się schylać - same na nas wpadają. Dlatego piszcie, a najlepsze historie opublikuję w kolejnych felietonach - być może nawet nie zdajcie sobie sprawy jak wielu podziela Wasze poglądy i spostrzeżenia - dlatego pokażcie je ludziom! Adresy do mnie, to niezmiennie mi_golebiowski@wp.pl i m.golebiowski@minskmaz.com - czekam na Wasze propozycje!

 

 

Pozdrawiam!