Kiedy w grę wchodzi polityka, sprawy zaczynają być poważne, nawet te, które na to nie zasługują.
Wrześniowe popołudnie, samo serce Mińska. Wiec PO, prowadzony przez radnego sejmiku mazowieckiego i dyrektora MZM - Leszka Celeja. Nic nadzwyczajnego, standardowa agitacja. Do czasu. Nieopodal bowiem, pojawiła się grupka działaczy PiS, promująca poselską kandydaturę miejskiego radnego, Daniela Milewskiego. Spititus movens kampanii Milewskiego była barwna postać sejmowych ław, Nelly Rokita.
Że Mińsk duży nie jest, natknęli się jedni na drugich, no i oczywiście nie mogło obejść się bez wymiany drobnych uprzejmości. A od słów do czynów - wiadomo, krew nie woda. Porozmawiali więc sobie państwo Rokita z Celejem przy pomocy rąk. Nie ważne jednak kto kogo najpierw, a kto mocniej - pani przedszkolanki akurat nie było, więc i tak nie dojdziemy. Czy był to zatem cios rodem z ringu bokserskiego, czy niezdarność konferansjera - pozostaje kwestią interpretacji stron.
Gorzej, że świadkami tej żenującej sytuacji byli hipotetyczni wyborcy, którzy bez wątpienia mogli stracić ochotę do głosowania na państwa, którzy nie umieją, cytując klasyka, pięknie się różnić. Ten iście podwórkowy incydent, z pewnością nie mieścił się bowiem w ramach apelu o merytoryczną debatę.