Pod koniec marca tego roku zostałem poproszony o napisanie tekstu dotyczącego pierwszej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Przez jakiś czas biłem się z myślami, jaki powinien on wyglądać. Ostatecznie powstało mini opowiadanie - parabola, zakończona konkluzją, że życie publiczne przed i po 10.IV mimo ogromnego szoku i zapowiedzi moralnej odnowy, nie uległo większej zmianie. Czas dokonać korekty tego stwierdzenia.
Jakiś czas temu, przeglądając głębokie szuflady celem ich uprzątnięcia, natknąłem się na zeszłoroczny „Wprost". Zabawne, jak złośliwy bywa los, karcąc redaktorów i wydawców, dających na okładkach datę wydania z wyprzedzeniem. Był to bowiem numer podwójny, wielkanocny, datowany na 4 - 11 kwietnia 2010. Przystąpiłem do wertowania poszczególnych stron z namaszczeniem, mając przed sobą jakby księgę z zamierzchłej epoki. Przedstawiony był tam inny świat, gdzie toczyła się walka polityczna, która w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, jest ledwie infantylną wymianą uszczypliwości.
Życie tuż przed katastrofą smoleńską krążyło wokół piątej rocznicy śmierci Jana Pawła II, nadal rozbrzmiewały echa niedawnych prawyborów w PO, nieśmiałe mówiono także o pęknięciach w PiS (Poncyliusz) i SLD (Arłukowicz). Toczono spory, czy Polak jest zaściankowym tradycjonalistą, czy postępowym europejczykiem, a Andrzej Lepper opowiadał o swoich politycznych planach na przyszłość.
Zwyczajnie dziwnie czytało się artykuły dotyczące prezydenta Kaczyńskiego, któremu poświęcono sporo miejsca, głównie w kontekście nadchodzącej rocznicy Katynia, oraz planowanej na następny miesiąc, wizycie w Moskwie z okazji zakończenia II Wojny Światowej. Porównać można to do wizyty w tętniącym życiem mieście, gdzie wszyscy zaprzątnięci są swoimi małymi sprawami. Skłóceni ze sobą sąsiedzi po obu stronach płotu, znerwicowani kierowcy, zmuszeni do stania w kilometrowych korkach, ogólne narzekanie na pogodę. Przyglądam się temu z perspektywy jasnowidza, dostrzegającego miałkość ich problemów w obliczu nadchodzącego nad ów miasto tornada, które zrówna je z ziemią.
Owy kataklizm, który 10.IV przetoczył się przez nasze życie publiczne, ustanowił zupełnie nowy porządek rzeczy.
W obliczu skrajnych sytuacji, do głosu dochodzą zazwyczaj radykalne poglądy. Tak uaktywnili się zwolennicy teorii spiskowych i łowcy układów, którzy natychmiast znaleźli popleczników. Nie było miejsca dla zdań umiarkowanych - takie z góry uważane były za skrajnie antypolskie i konfidenckie. Obraz społeczeństwa dramatycznie się spolaryzował, wprowadzając niezdrową atmosferę wrogości i nieufności.
Na zgliszczach miasta powstały dwa wrogie obozy, po środku zaś pas spalonej przez ciężkie słowa ziemi. Walki ograniczyły się do działań pozycyjnych i nielicznych akcji zaczepnych, miało jednak miejsce kilka większych bitew. Pierwszą z poważnych potyczek były przyspieszone wybory prezydenckie. Jej zaskakująco wyrównany rezultat był zapowiedzią, jak długa i krwawa może być to wojna.
Zdarzały się dywersje i dezercje, także lekkomyślne wystawianie się na ostrzał wroga. Jednym z największych błędów obozu władzy była niemrawa reakcja na krzywdzący raport Rosjan i uparte utrzymywanie ministra MON, co skrzętnie próbowano wykorzystać w okopach opozycji. Działo się to jednak w sferze propagandy i przepychanek polityków, podczas gdy strona opozycji notowała o wiele poważniejsze straty. Przede wszystkim, przegrana w wyborach samorządowych, i wypowiedzenie lojalności przez PJoNków.
Naczelni dowódcy natomiast do dziś wiernie trwają przy swoim, przygotowując się do największej bitwy - o głosy w wyborach parlamentarnych. Tylko czy społeczeństwo nadal chce bawić się w wojnę, która z konfliktu o idee przekształciła się w walkę na wyniszczenie, której jedynym rezultatem może być zamiana stron w okopach?
Swoją drogą... Trochę strasznie maluje się ten wojenny obraz naszej sceny politycznej, jednak skojarzenia nasuwają się same. Mimo wszystko należy wziąć to w głęboki nawias, bo nigdy nie jest tak dobrze, ale też tak źle, jak wmawiają nam politycy, szczególnie podczas kampanii wyborczej. Nie ulega jednak wątpliwości, że język i styl prowadzenia debaty publicznej po 10.IV znacznie się zradykalizował. Trudno jednoznacznie określić czy to dobrze, czy źle - być może katastrofa smoleńska była punktem zwrotnym, wentylem uwalniającym drzemiące w społeczeństwie poglądy i potrzeby które tkwiły w nas od zawsze?
Nie mniej jednak przez tę polaryzację, wielu, szczególnie o poglądach umiarkowanych, z awersją odwraca się do polityki plecami, co skutkować może niską wyborczą frekwencją. To spowoduje, że zostaną przy niej sami entuzjaści batalistyki...
Wówczas końca wojny długo się nie doczekamy.
Jak zawsze zachęcam do odwiedzania facebookowego profilu „Kącik felietonowy SD" gdzie oprócz komentowania, możecie żywo dyskutować na tematy nie tylko polityczne. Już teraz zapraszam na kolejny odcinek z cyklu Swoją droga, jedynie na portalu minskmaz.com!
Pozdrawiam!