Wszyscy o wszystkim
Polak to ekspert. Każdy. We wszystkich sprawach i każdym zakresie. Jego pomysły są innowacyjne genialne no i oczywiście - jednie słuszne. Szczególnie po kilku głębszych bez gazu. Skąd Polak jest taki mądry? Za źródła wiedzy służą mu internetowe fora, programy Discovery i moje ulubione „gdzieś usłyszałem". Nie mniej jednak chętnie wypowiada się różne tematy, czy chodzi o politykę, zdrowie, sprawy społeczne czy sport. Niebywała chęć zabierania głosu przez Polaka była przez całe lata zaniedbywana. Za to ostatnio przeżywa prawdziwy boom. Dlaczego elity władzy nagle zapragnęły zasięgać naszej opinii?
Debata publiczna to w ostatnich miesiącach jeden z najczęściej powtarzanych przez polityków terminów. Potrzebę przeprowadzenia takiej debaty po raz pierwszy zasugerowano w sprawie pomnika ofiar wypadku smoleńskiego, potem Otwartych Funduszy Emerytalnych, a ostatnio, po wydarzeniach w Japonii, na temat budowy w naszym kraju elektrowni jądrowej. O ile podobne rozmowy ze społeczeństwem miały sens w przypadku pomnika (niewielki, ze względu na zażartość kłócących się stron), to w kwestiach OFE czy atomu, albo się na tym kompletnie nie znamy, albo wręcz nie mamy nic do gadania.
Poddawanie spraw pod publiczny dyskurs najwyraźniej zwyczajnie się spodobało. Zdejmuje to bowiem część ciężaru niepopularnych decyzji z rządu na samych wyborców. Nic prostszego: Wywołać debatę publiczną na temat podwyżki podatków o trzy, bądź pięć procent. Po występach armii ekspertów opowiadających się po jednej i drugiej stronie i przeprowadzeniu szeregów sondaży rząd, przy, rzecz jasna, pełnym poparciu społecznym, tak, czy siak podniesie nasze składki na rzecz państwa. Proste?
To bardzo wygodna sytuacja, także dla opozycji. Wszak rząd nie odważy się odrzucić vox populi, w przeciwnym wypadku narazi by się na oskarżenia o gwałt na demokracji. Świętym prawem opozycji jest nie zgadzać się z tym, co mówi rząd, a teraz dodatkowo wpadła jej do rąk znakomita broń. Broń w postaci opinii publicznej tak bardzo skorej do debaty i mało kiedy przychylnej aktualnie rządzącym.
Po czyjej stronie opowie się Polak, ta zapewne ma rację. Tak przynajmniej uważa owa strona, co niezwłocznie rozgłasza na lewo i prawo.
Nagłe zapotrzebowanie na zasięganie naszej opinii znacznie wzrosło po katastrofie smoleńskiej. Zauważono wówczas głos społeczeństwa który, jak się okazało, potrafi zajmować stanowisko w tematach ważnych. Ogromny kapitał społeczny wytworzony pod wpływem narodowego zrywu został tradycyjnie, politycznie rozdrobniony. Sprawa która w jednej chwili wszystkich połączyła, wkrótce zaczęła bardzo głęboko dzielić. Jednak mało kto został obojętny. Sprawa wypadku, jego przyczyn, skutków, następstw i wszystkiego co z tym powiązane stała się częstym tematem rozmów w naszych domach. Rozmów nacechowanych emocjonalnie i mało merytorycznych. Ale niemal każdy miał coś do powiedzenia i chciał to publicznie pokazać.
Podobna poetyka prowadzenia sporów szybko znalazła swoje odzwierciedlenie w naszych elitach. Doprowadziło to do sytuacji, w której po debacie o przyszłych emeryturach polaków, w poważnych programach publicystycznych, najgoręcej roztrząsano kwestię dlaczego minister Rostowski zwracał się do profesora Balcerowicza per „Leszku". Nic dziwnego. W końcu o czym debatować, skoro marny procent z nas potrafi się połapać w tych wszystkich składkach, procentach, prowizjach od procentów i procentach od składek. Dlatego Polak wolał skupić się na savoir vivre. Nie przeszkadzało mu to jednak w „kompetentnym" opowiedzeniu się po jednej ze stron. Bo przecież trzeba było się wypowiedzieć!
Analogiczna sytuacja powstała w kwestii elektrowni jądrowej. Premier - do niedawana zdecydowany zwolennik tej energetyki, po awarii w Japonii już zapowiedział szeroką debatę w tej sprawie. Nad czym tu debatować? Straszeni przez czterdzieści lat groźbą atomowej apokalipsy, za żadne skarby świata nie pozwolimy postawić sobie w sąsiedztwie takiego reaktora, mimo, że groźba jego awarii jest równie mała, co możliwość trzęsienia ziemi w Białymstoku. W obliczu wyczerpującego się węgla zmuszeni jesteśmy prędzej, czy później wybrać atom. Czy to nam się podoba, czy nie...
Tak więc możliwość debaty publicznej to błogosławieństwo wynikające z dobrodziejstw demokracji, czy kłopotliwy efekt uboczny zachłyśnięcia się wolnością?
Jesteśmy jeszcze młodą demokracją, zapatrzoną we wzorce z zachodu, a nasze społeczeństwo obywatelskie jest jeszcze w fazie raczkowania. Dopóki nasze elity, oraz my - społeczeństwo, nie dojrzejemy do odpowiedzialności, tak długo, w naszej drodze do przyszłości, będziemy się potykać, jak przysłowiowy ślepy z kulawym. Bystry ślepy z przystojnym kulawym. Według ich mniemania...
Swoją drogą... Polak jest już wybitny, że nie chce się ograniczać i swoją wiedze chce szerzyć w innych dziedzinach życia. Stąd wspomniani ekonomiści zabrali się za politykę, politycy natomiast, jak prezes Jarosław, zabrali się za pisarstwo, a, na przykład muzycy, za pośrednictwem słynnego śniadania z premierem, za dziennikarstwo. Proponuje zatem debatę publiczną na temat zabierania głosu jedynie w sprawach, w których rzeczywiście mamy coś do powiedzenia...
Tradycyjnie zapraszam do odwiedzenia fejsbukowego profilu SD, gdzie możecie zabrać głos na tematy poruszane w felietonach i nie tylko. Czekam również pod stałymi adresami meblowymi na Wasze propozycje tematów wymagających poruszenia. Do zobaczenia w następnym odcinku z cyklu Swoją droga, tylko na portalu minskmaz.com!
Pozdrawiam!