Zaloguj

swoją drogą

 

Władcy marzeń (2011-03-17)


Władcy marzeń


          Jest w naszym kraju pewien odsetek ludności, który bardziej niż głębokością dziury budżetowej przejmuje się tym, kto w najbliższą niedzielę odpadnie z Tańca z Gwiazdami. Nie jest to wcale margines. Sądząc po oglądalności kolejnych telewizyjnych pokazów talentów - chcemy i lubimy śledzić, jak brzydkie kaczątko zmienia się na naszych oczach w prawdziwą sceniczną bestię. W równym stopniu krytykujemy tych, którzy w jakiś sposób nie zyskali naszej sympatii. Ten sam schemat od lat. Telewizja jest Koloseum, śmiałkowie gladiatorami, telewidzowie publicznością. Ale tak, jak w starożytnym Rzymie, tak i tu, o medialnym życiu lub śmierci, ostatecznie decyduje Cezar, którym dziś jest wszechmocne jury.

          Zdumiałem się ogromnie, kiedy w niedzielny wieczór na, wydawać by się mogło, poważnym portalu internetowym, tvn24.pl, informacją dnia została relacja z pierwszego odcinka nowego programu ich stacji-matki pt. „X - factor". Show jak ich w ostatnich latach wiele. Tysiące śmiałków - każdy z nich marzy o sławie i pieniądzach, ale na wstępie muszą się przypodobać ekscentrycznemu jury. Co tam wojna w Libii, waląca się strefa euro, czy nawet nadchodzące wybory! Ważne co spodobało się Mai Sablewskiej, jak wypadł Czesław Mozil, co dowcipnego powiedział Kuba Wojewódzki...

          Ostatnia dekada przyniosła prawdziwy wysyp podobnych telewizyjnych plebiscytów, które stały się swoistą wylęgarnią celebrytów. Przyjrzawszy się bliżej procesowi ich wyłania, ogarnia mnie strach i trwoga przed tym, co będzie dalej. Otóż w konkursach talentów, obok ludzi naprawdę obdarzonych przez naturę, do finałów dopuszcza się tych, którzy wzbudzają najwięcej kontrowersji - wszystko dla oglądalności. Następnie, ci uczciwi i ciężko pracujący, na ogół przegrywają medialną karierę z ekscentrykami, na przygodach których zarabia następnie prasa brukowa. Potem skandaliści ulegają nieodpartej pokusie napisania książki, w której spisują swoje wspomnienia z najlepszych imprez, lub doradzają innym jak żyć. Na koniec, trafiają to trzydziestej którejś edycji Tańca z Gwiazdami.

Najciekawsze, że wygranymi tych programów najczęściej okazują się ich jurorzy oraz prowadzący.

          W końcu to ONI są w każdym odcinku, ONI dzielą i rządzą, ONI wzbudzają największe emocje widzów. Krzysztofa Ibisza pamiętalibyśmy zapewne z popularnego w połowie lat dziewięćdziesiątych programu „Czar par" oraz dubbingowania muminkowej postaci Migotka, gdyby swojego czasu nie przeniósł się do Polsatu i nie poprowadził reality-show „Bar" . Kuba Wojewódzki zostałby prawdopodobnie niszowym dziennikarzem muzycznym, lub w najlepszym przypadku prowadziłby punk-rockową audycję w jakimś radio, a Szymon Hołownia miałby program publicystyczny w najlepszym czasie antenowym... w ReligiaTV. Być może nie znalibyśmy Frytki, Marcina Prokopa, Agustina Eguroli i wielu innych, którzy trzęsą dzisiejszą telewizją.

          Dzięki tego typu programom, w stosunkowo krótkim czasie, wyhodowaliśmy sobie rzeszę telewizyjnych idoli, wzorów do naśladowania dla kolejnych milionów. Są inteligentni, pewni siebie i dowcipni, ucząc, że tylko w taki sposób można do czegoś w życiu dojść. Jest ich już tylu, że zaczynają dusić się we własnym sosie. Dlatego próbują sprawdzać się w innych obszarach życia publicznego. Wypowiadają się w rozmaitych kwestiach, od wychowania dzieci, diety, sportu, po życie seksualne i poszukiwanie sensu istnienia.

Prowadzący TVNowski show, Jarosław Kuźniar, to nieco inna historia - opowieść śliwki, co wpadła w zły kompot.

          Na co dzień dowcipny i zadziorny prezenter tvn24, który wśród polityków i dziennikarzy czuje się jak ryba w wodzie, wchodząc do świata szoł-bizu, wyraźnie stracił na animuszu. Jego cięty komentarz, zazwyczaj celnie punktujący pychę rozmówców w studio, pośród kandydatów na gwiazdę lądował gdzieś w intelektualnej próżni.  Zastanawia mnie, po co dziennikarz o wyrobionej reputacji chciał wejść do świata, który wyraźnie mu nie pasuje?

          Podobny szok przeżył pan Marcin Dubieniecki. Zaczął jako mąż swojej żony. Ta rola szła mu świetnie. Wywiad w „Gali", rodzinna sesja zdjęciowa na plaży, popularność oraz zainteresowanie dziennikarzy. Stojącemu dumnie za placami swojego stryja w kampanii prezydenckiej nagle zaczęto wróżyć przyszłość w Sejmie, co najwyraźniej pasowało młodemu prawnikowi. Nie wiedział jednak, że reguły tego światka są brutalne. Buta i arogancja nie przysporzyły mu sympatii ani wśród polityków, ani w mediach. Szybko wyszły na jaw jakieś nieczyste interesy z burzliwej przeszłości pana mecenasa. W efekcie sprowadzono go na peryferie życia publicznego, trywializując jego rolę, za równo jako potencjalnego polityka jak i prawnika.  Dziś pan Dubieniecki już tak chętnie wywiadów nie udziela...

 

          Swoją drogą... Przykład redaktora Kuźniara i mecenasa Dubienieckiego pokazują, że światy polityki i szoł-bizu dzieli znacząca przepaść, a próba jej przeskoczenia, może zakończyć się wizerunkowym niepowodzeniem. Więc niech lepiej państwo celebryci zajmą się tym, na czym się znają... Albo niech wrócą do oceniania talentów kandydatów pragnących w przyszłości zająć ich miejsca w loży jurorskiej...

A politycy niech lepiej... eh, nie dzisiaj...              

          Jak zawsze, zapraszam do odwiedzenia fejsbukowego profilu SD. Tam, oprócz aktualnych felietonów, możecie komentować, dyskutować na tematy nie tylko polityczne. Niedługo nowości też na portalu minskmaz.com - wiosenne porządki, a wraz z nimi wiele ciekawych zmian. To przyszłość, a już dziś zapraszam na kolejny odcinek cyklu Swoją drogą, tylko na minskmaz.com!

Pozdrawiam!