Zaloguj

swoją drogą

 

Rzeczpospolita byle jaka (2011-03-02)


Rzeczpospolita byle jaka

          Dawno nie pisałem, na moją obronę - coś ostatnio bolała mnie ręka, a biurko zalałem sobie kawą... - Takim zdaniem zaczął kiedyś wpis na swoim blogu Tomasz Sianecki. Powyższe słowa znakomicie tłumaczą powód  długiej nieobecności Swoją drogą na minskmaz.com. Zręczny dowcip to inteligentna wymówka dla naszych drobnych niedociągnięć. Mniejsza, jeżeli chodzi o spóźnienie się z artykułem, czy wpisem na blogu - w najgorszym przypadku może to skutkować gronem zawiedzionych czytelników. Gorzej, jeśli w wyniku codziennych zaniedbań zniweczymy efekt pracy wielu ludzi, lub nawet doprowadzimy do tragedii.

          Obiecałem sobie kiedyś, że w Swoją drogą będę trzymał się z daleka od wszelkich dywagacji na temat katastrofy smoleńskiej. Dosyć już mamy „specjalistów" od lotnictwa, protokołów dyplomatycznych i katastrof - dlatego krótko: W natłoku docierających do opinii publicznej medialnych sensacji, można by wysnuć wniosek, że do wypadku z 10 kwietnia, w ogromnym stopniu przyczyniła się rażąca niekompetencja, omijanie ustalonych procedur i ogólna prowizorka. Jednym słowem - bylejakość.

          Bylejakość jest z nami na co dzień. Spotykamy ją w domu, na uczelni, w pracy, podczas robienia zakupów i oglądania telewizji. Często sami ją generujemy, świadomie lub nie - jest  to proces tak głęboko zakorzeniony, że w wielu sytuacjach niemal nie zauważalny.

Pierwszy krok do poradzenia sobie z problemem, to przyznanie, że istnieje.

          Dopiero z uświadomioną bylejakością można sobie radzić. A że trzeba, pokazują statystyki. Ich wyniki porażają. Dlaczego doktor lub inżynier nie chce iść do lekarza? Ponieważ obawia się, że spotka tam kogoś równie niekompetentnego i niedouczonego, jak on sam. Brzmi jak groteska, ale raczej w czarnym wydaniu. Winne jest państwo? System? Nieprawda! Problem tkwi w nas samych. Dużo prościej i przyjemniej zwalać jest wszystko na innych, najlepiej tak, aby nasza krytyka nie odbiła się na własnych leniwych czterech literach. W tym jesteśmy mistrzami.

          Bylejakość ma swoje głębokie podłoże historyczne. Polak musiał kombinować żeby przeżyć. Musiał oszukać Moskala, Szkopa i komucha, stając się w pewnym sensie anarchistą, ignorującym narzucone mu prawa. Kiedy jednak przyszło budować własne państwo, trudno było się przestawić, że dawny wróg już nie istnieje. Nasz naród charakteryzuje ogromna skłonność do motywacji negatywnej - najlepiej jednoczymy się przeciw komuś. Przykład: elektorat PiSu walczący z „układem" lub PO, broniące Polaków przed kaczyzmem. Kiedy nie ma wroga, rozłazimy się jak bezkształtna masa. Dlatego nawet w czasach „pokoju", instynktownie poszukujemy wroga, którego moglibyśmy okiwać.

          Dawne skłonności pozostały. Zapomnieliśmy przy tym, że obecne prawa i wytyczne po coś jednak istnieją. Owszem, żądamy przestrzegania przepisów, ale koniec końców „sprawiedliwość musi być po naszej stronie!", dlatego omijanie ich dla własnych korzyści nazywamy „radzeniem sobie". W wielu przypadkach jest to argument uzasadniony, nie mniej jednak margines „zaradnych" niebezpiecznie się rozszerzył. Nie dziwi już nikogo ściąganie w szkole, plagiaty na studiach, czy permanentne obijanie się w pracy. Tu nie ma mowy o radzeniu, to prosta droga do bylejakości.

          Dlatego bylejakość przedostała się do tak wielu dziedzin naszego życia, czego owoce zbieramy na co dzień. Autostrady wymagające remontu po jednej zimie czy wadliwe przepisy, to efekt zaklinania rzeczywistości powtarzaniem „Jakoś to będzie" albo „Załatwi się". Niechętnie przyznajemy się do kreowania bylejakości, przed innymi udając świętoszków. Szczyt hipokryzji w tej dziedzinie osiągnęli politycy, przy okazji głupiej wypowiedzi posła Węgrzyna. Nierozgarnięty poseł złamał funkcjonujące przy urzędzie polityka tabu, w które, notabene, już chyba tylko oni wierzą. Tabu stawiające parlamentarzystę na piedestale, wszechwiedzącego i wybitnie dowcipnego. A tu nagle taki Węgrzyn wyskakuje z lesbijkami! Co zrobić? Wielkie larum! Gowin w szoku, Kalisz zniesmaczony, Kempa dwie doby nie mogła dojść do siebie...

          Śmiesznie trochę wygląda to święte oburzenie i groteskowe próby maskowania wychodzącej zewsząd bylejakości. Nie tylko w polityce, choć w tej dziedzinie życia jej obecność jest najbardziej niebezpieczna. Byle jacy politycy ustanawiają byle jakie prawo, skazując społeczeństwo na egzystowanie w byle jakiej rzeczywistości. My, wyborcy, sprowadzamy bylejakość do obowiązującej normy.

 

          Swoją drogą... Bylejakość może być efektem naszego zacofania. Idziemy pod prąd i mimo postępu technologicznego, a przez to coraz większego dostępu do źródeł wiedzy, czytamy co raz mniej. Według ostatnich badań, 56 procent Polaków przyznaje, że w tym roku nie przeczytało ani jednej książki, albumu, poradnika czy czegokolwiek, co zawierałoby co najmniej trzy strony tekstu. Smutne? Jasne - ale jako rasowy optymista, zawsze szukam jasnych stron! Nie mogę się nadziwić, jaki to nasz przeciętny Kowalski potrafi być szczery, bez kompleksów opowiadając, że zestaw encyklopedii kupił, żeby ładnie przed sąsiadem na półce wyglądał...

Chyba byle jaki ze mnie optymista...

          Tradycyjnie zapraszam do odwiedzania fejsbukowego profilu SD. Oprócz możliwości wypowiedzenia się na tematy poruszane w felietonach, dzielenia się ciekawymi filmikami, zdjęciami czy linkami, znajdziecie tam sondy dotyczące spraw za równo ogólnych jak i lokalnych. Czekam na również na Wasze mejle, pod stałymi adresami: mi_golebiowski@wp.pl oraz m.golebiowski@minskmaz.com. Do zobaczenia w następnym odcinku Swoją drogą, tylko na portalu minskmaz.com!

 

Pozdrawiam!