DO PRZECZYTANIA, DO OBEJRZENIA, DO POSŁUCHANIA
Autor: DARIUSZ MÓL

Do obejrzenia - "Hardcore Henry", "Nienasyceni" i "Jestem zemstą"

DODANO: 2016/11/04

hard Nie gram w gry komputerowe i niekoniecznie rajcują mnie filmy, w których zalane krwią ciała fruwają po ekranie, ale obejrzałem „Hardcor Henry" z niekłamaną przyjemnością. Z kilku powodów.

Po pierwsze, to film nakręcony w całości z perspektywy głównego bohatera, zupełnie jak w kultowych komputerowych strzelankach FPS. To, co widzimy na ekranie postrzegamy jego oczami, jesteśmy niejako nim i rzeczywiście po raz pierwszy oglądamy to w filmie w takim natężeniu. Po drugie, wrażenie robią zdjęcia. Wbrew temu, co mogłoby się nam wydawać, Henry nie biega z kamerą przytwierdzoną do czoła, a to, co widzimy na ekranie to efekt cięć i finalnego montażu. Uwierzcie, robi to wrażenie. Po trzecie, za całą historią nie stoi żadne głębsze przesłanie, to bardzo brutalna rozrywka w czystej postaci, nie tylko dla fanów wirtualnych rozpierduch. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy widzowie będą mieli dość seansu już po piętnastu minutach, ale to ich sprawa. Ja do samego końca byłem z Henrym i wcale tego nie żałuję :)

Cała historia jest jak żywcem wyjęta z gry komputerowej. Henry budzi się w laboratorium. Ma wymazaną pamięć, a piękna blondynka (Halley Bennett) informuje go, że wiele części jego wcześniej zmasakrowanego ciała została zastąpiona nowoczesnymi mechanizmami. Dodaje też, że jest jego żoną i prowadzi go do pomieszczenia obok, gdzie jej koledzy wgrają mu synthezator mowy. Niestety, w trakcie wyboru głosu do środka wpada niejaki Akan ze swoimi siepaczami i chce porwać panią doktor. Na szczęście Henry'emu udaje im się uciec, ale bez synthezatora mowy przez cały film pozostanie niemy. Na szczęście jego „małomówność" nie będzie przeszkadzać, bo gadać za dwóch (a nawet za kilku) będzie jego tajemniczy pomocnik w wielu awatarach (Sharlto Copley)...

Rosyjski młody reżyser Ilja Najszuler poszedł na całość i zafundował widzom naprawdę hardcorowe widowisko, choć z dużym poczuciem humoru, na dodatek w plenerach pełnej kontrastów Moskwy. I nie ma co sobie zawracać głowy ani niedostatkami fabuły, czy brakami pogłębionej analizy bohaterów. Nie ma też sensu zadawać pytań w stylu „po co?" lub „dlaczego?". „Hardcore Henry" jest do oglądania, do przejścia, jak wciągająca gra, a nie do rozkminiania. I nie można mu odmówić filmowej nowatorskości.

Dystr. Monolith Video


Zmysłowy, intrygujący, nieoczywisty... Taki jest najnowszy film Luca Guadagnino, który tym razem zabiera nas na włoską wyspę Pantelleria do domu z basenem, w którym spotyka się czwórka bohaterów „Nienasyconych"...

Popularna wokalistka rockowa Marianne Lane (Tilda Swinton) wypoczywa na wyspie ze swoim partnerem Paulem (Matthias Schoenaerts). I kuruje się po operacji krtani, co jest istotne dla fabuły, bo praktycznie się nie odzywa. Czas upływa im na kochaniu się, przejażdżkach po Pantellerii, jedzeniu, czytaniu, szeptaniu. Jest leniwie i zmysłowo. I nagle Paul odbiera telefon od Harry'ego (Ralph Fiennes), znanego producenta muzycznego i byłego kochanka Marianne, który właśnie przyleciał na miejsce razem z córką Penelope (Dakota Johnson). I bez wahania przyjmuje zaproszenie do zatrzymania się w domu Lane. Harry to wulkan energii. Wszędzie go pełno, całym sobą wypełnia przestrzeń, wszystkie światła skierowane są na niego. Paul nie ukrywa swego niezadowolenia zwłaszcza, że dawny kochanek stara się być jak najbliżej Marianne. I jest jeszcze Penelope, która bacznie przygląda się temu, co się wokół wyprawia...

To, co dzieje się pomiędzy bohaterami jest nieoczywiste, intuicyjne, niewypowiedziane wprost. Możemy się tylko domyślać, co każdemu chodzi po głowie i obserwować, jak zbliża się lub oddala od wyznaczonego sobie celu. Raz górę biorą namiętności, jakieś przekonania, wspomnienia, konflikty, napięcie rośnie, by w kolejnych ujęciach roztopić się w słońcu. A w tle jeszcze mamy przybywających na wyspę nielegalnych imigrantów.

Luca Guadagni w charakterystyczny dla siebie sposób ślizga się po filmowych gatunkach (thriller, dramat, komedia) i żadnego nie wykorzystuje do końca. Zachwycają obrazy, ujęcia, muzyka, które są integralną częścią historii, podobnie jak to było w opisanym dawno temu na kanapie „Jestem miłością". Tilda Swinton jest zjawiskowa, jak zawsze. A Ralph Fiennes, gdy tylko pojawia się na ekranie, kradnie każde ujęcie. Tym bardziej nie przegapcie „Nienasyconych".



Na twarzy Johna Travolty widać upływ czasu, ale nie dajcie się zwieść. Chłop z niego wciąż jary i jak trzeba, to potrafi przyłożyć komu się należy. I jak mówi, że jest zemstą, to lepiej nie wchodzić mu w drogę zwłaszcza, gdy ma się coś na sumieniu.

Stanley Hill (Travolta) i jego żona Vivian (Rebecca De Mornay) zostają napadnięci w podziemnym garażu na lotnisku. Niestety, kobieta zostaje zamordowana. Kiedy Hill orientuje się, że policja nie jest zainteresowana rozwiązaniem sprawy i wypuszcza na wolność bandytę, który zadał śmiertelny cios Vivian, Stanley postanawia sam wymierzyć sprawiedliwość. Sprawa się jednak komplikuje, gdyż okazuje się, że przestępcy są częścią mafijnego gangu. Hill prosi więc o pomoc swojego kumpla. Dennis (zdecydowanie brylujący aktorsko Christopher Meloni) organizuje potrzebny sprzęt, znajduje informacje i pomaga przyjacielowi wyjść z każdych tarapatów zwłaszcza, że tropy prowadzą znacznie wyżej niż obaj mściciele mogliby się spodziewać...

„Jestem zemstą" to gatunkowe i przewidywalne kino, choć trzeba przyznać, że to sprawnie zrealizowane i zagrany film akcji. W sam raz na coraz dłuższe jesienno-zimowe wieczory.

Dystr. Monolith Video

Autor

Dariusz Mieczysław Mól

Jestem dziennikarzem i reporterem. Pracowałem m.in. w „Super Expressie”, tygodniku „Naj”, miesięczniku „Claudia”. Od kilku lat pracuję jako „wolny strzelec”, prowadząc własną działalność jako „Mól TEKSTowy”.

WIĘCEJ

Kategorie

Ostatnie wpisy

Tagi

Archiwum wpisów